Historia

Warszawa w ogniu powstania ( cz. II )

.

Zygmunt Zaremba

.

Społeczne i polityczne cele powstania

.

W ciągu czterech lat konspiracji wypracowany został społeczny i polityczny program Polski Podziemnej. Znalazły w nim wyraz te wszystkie przemiany społeczne i polityczne, które przyniosła wojna i okupacja, narzucając wszystkim konieczność realizowania gospodarki i polityki, jakie dotychczas głosiła tylko demokracja pod przewodem partii socjalistycznej. Tuż przed powstaniem, 26 lipca, zasady te zostały proklamowane w manifeście oficjalnego kierownictwa Polski Podziemnej. Zasady uspołecznienia kluczowych gałęzi produkcji, głębokiej reformy rolnej i demokracji w życiu gospodarczym i politycznym, są wytycznymi tego dokumentu historycznego. Wykorzystując względną swobodę zbierania się w czasie powstania, Rada Jedności Narodowej ukonkretniała te zasady w postaci dekretów i ustaw, mających określić ostateczne formy życia odrodzonej Polski.

Niezwykłe były te posiedzenia podziemnego parlamentu powstańczego. Przez dłuższy czas odbywały się one w okolicy placu Napoleona, będącego pod nieustannym obstrzałem artylerii i lotnictwa. W salce, położonej na parterze starej trzypiętrowej kamienicy przy ul. Przeskok 2, zbierało się około pięćdziesięciu przedstawicieli stronnictw, członków Krajowej Rady Ministrów i przedstawicieli komendy wojska. Jedynym zabezpieczeniem tego miejsca były wysokie kamienice dookoła, zatrzymujące sobą pociski artylerii i przyciągające uwagę lotników niemieckich, szukających jak największych obiektów do zniszczenia. Toteż raz po raz padały pociski dookoła. Drżała w posadach ziemia. Lecą z brzękiem resztki szyb, a tu towarzysz Pużak z całkowitym spokojem udziela głosu referentowi, ten zaś z kolei wypowiada swe myśli, czasem tylko podnosząc głos, gdy zbyt bliski wybuch zagłusza jego słowa. Referaty, dyskusje jak w normalnym zebraniu parlamentarnym. Dopiero uderzenie ciężkiej bomby lotniczej w sąsiedni dom narożny i krzyki, że trzeba ratować zasypanych, przerywają pracę rady. Wybiegamy wszyscy, by pomagać w ratowaniu. Nasza pomoc zbyteczna jednak, gdyż do pracy stanęły już specjalne drużyny ratownicze. Wracamy do sali. Towarzysz Pużak siedzi już w prezydialnym fotelu i nawołuje do skupienia się słowami: „Każdy niech spełnia swój obowiązek do końca”.

W wyniku tych prac zrodził się prawie kompletny zarys ustawodawstwa społecznego i politycznego, który pozostanie na zawsze świadectwem dążeń polskiej demokracji.

Wyczekiwanie pomocy

.

Pierwszy tydzień zeszedł na zdobywaniu, umacnianiu i organizowaniu zdobytego przez powstanie terenu. Tydzień radości i upojenia zwycięstwem zamglonym żałobną zadumą nad pierwszymi masowymi mogiłami poległych, którym nie dane było dożyć tej radości wyzwolenia. Potem przyszło zrozumienie, że nie dosyć było tego wysiłku, że trzeba będzie może długo trwać w walce, zanim przyjdzie pomoc. Wojska sowieckie zatrzymały się nagle w swym pochodzie na Zachód, a Niemcy koncentrowali coraz większe siły przeciwko Warszawie. Fale radiowe przynoszą wieść, że nagle nasza walka, nasze uderzenie na Niemców, zdobycie przez nas przyczółka mostowego na Wiśle, całe nasze dzieło, z którego duma była całkowicie chyba usprawiedliwiona, stało się przedmiotem dyplomatycznych przetargów i politycznych kłopotów dla naszych sojuszników. Okazywało się coraz wyraźniej w świetle płynących przez radio wieści, że nie jest ważne, gdy naród porywa się do walki z wrogiem, że broczy krwią serdeczną na zdobytej wyspie wolności, natomiast ważniejszy jest problem, czy na walkę z Niemcami uzyskano koncesję dyplomatycznych sojuszników we wszystkich kancelariach. Zrozumieć to było ponad siły ludu warszawskiego. Ale musiało się z tym liczyć kierownictwo powstania. I spadł na nie upokarzający obowiązek tłumaczenia się z zapału w walce z Niemcami i nieustannych próśb o pomoc. O pomoc w sprawie, która dla wszystkich walczących z Niemcami powinna chyba być jednakowo ważna. Program pomocy był prosty. Potrzeba było zbombardowania kilku twierdz niemieckich, pozostałych na terenie miasta, aby dać powstaniu pełny oddech na całej przestrzeni stolicy. Potrzeba było kilku eskadr samolotowych dla uchronienia miasta przed burzącą aktywnością niemieckich stukasów, bombardujących Warszawę systematycznie od rana do wieczora i niszczących z niskiego lotu dzielnicę za dzielnicą. Potrzeba było wreszcie zrzutów broni bardziej wydajnej niż karabiny ręczne i pistolety automatyczne, zdobyte zresztą przez powstańców w bardzo niedostatecznej liczbie.

Tej pomocy każdy był pewien. Przecież mogli ginąć lotnicy polscy w obronie Londynu, niechby chociaż im pozwolono teraz przyjść z pomocą rodzinnemu miastu. Z jakim entuzjazmem podjęliby się tego dzieła.

Jedynym terenem, z którego mogła przyjść skuteczna pomoc dla Warszawy, była Rosja lub tereny Polski zajęte przez wojska rosyjskie. Przybyły wprawdzie z pomocą pojedyncze eskadry lotnicze z sojuszniczych baz we Włoszech. Przywiozły trochę materiału i sprzętu. Jakże entuzjastycznie witał je lud Warszawy, jakże wdzięczną zachował pamięć o tym bohaterskim wysiłku lotników angielskich, kanadyjskich, amerykańskich i polskich, którzy na ochotnika służyli pomocą. Ale konieczność pokrycia 5000 kilometrów z dużym obciążeniem uniemożliwiała osłonę myśliwską i wydawała ciężkie samoloty na łup Niemców. Ginęło nieraz na takiej wyprawie więcej niż 50% maszyn, były wypadki, że ginęli wszyscy lotnicy. Tą drogą nie można było dojść do celu. Te pierwsze zrzuty pozostaną tylko pięknym dokumentem, że jednak chciano Warszawie pomóc. Prawdziwa i skuteczna pomoc mogła przyjść tylko za zgodą Rosji. Zdobycie jej zgody chociażby na załadowanie samolotów sojuszniczych, niosących pomoc z baz zachodnich, na lotniskach sowieckich, albo pozwolenie na operowanie w tym celu lotnictwu sojuszniczemu z lotnisk będących w posiadaniu Rosji, stało się zagadnieniem, od którego zawisło wszystko.

Między nadzieją a zawodem

.

Powstańcza Warszawa wierzyła, że jednak to zagadnienie będzie w końcu rozwiązane. Postanowiła czekać w walce aż przyjdą te rozstrzygnięcia. Tymczasem wzmagający się nacisk wojsk niemieckich robił swoje. Za pomocą nieustannych nalotów, wspomaganych najczęściej artylerią, której pociski, o wysokości 120 cm i o średnicy 80 cm, potrafiły zburzyć wielki dom z żelaza i betonu, Niemcy rozkawałkowali w końcu teren Warszawy powstańczej na pięć ośrodków z największym trudem podtrzymujących z sobą łączność. Teraz koncentrując ogień na jednym z nich systematycznie obracali go w rumowisko, gdzie nikt żywy nie mógł pozostać. Pierwsza uległa temu losowi Wola. Taki sam los czekał pozostałe dzielnice. Był to los nie do uniknięcia i dla pozostałych dzielnic w razie nienadejścia wyczekiwanej pomocy.

Żyliśmy nadzieją. Oto wieści od naszego rządu w Londynie mówią o rokowaniach w sprawie pomocy, o przezwyciężenie takiego, to znów innego oporu. Oto komunikaty wojenne donoszą o wspaniałych zwycięstwach na Zachodzie. Oto oswobodzono Paryż. To jedyne radości w tym czasie. Rusza się też armia sowiecka na Wschodzie. Niemcy właściwie wycofali się za Wisłę. Przecież nie będzie stał ten front do nieskończoności. Doczekamy pomocy. Nie zbija tej wiary nawet upadek Starego Miasta. Odbudujemy po wojnie. Musimy doczekać.

Dni mijały pełne bojowego wysiłku i pełne wysiłku organizacyjnego, by wyżywić ludność, by coraz większej masie koczowników zapewnić kąt w piwnicy z ruder, bo nie ma już całego domu w Warszawie. Ciągła gotowość samopomocy panująca w masach ułatwia to zadanie. Jakoś wszystko trzyma się i świadczy, że przetrzymamy długo.

Wreszcie 14 września Czerwona Armia zajmuje Pragę, za Wisłą położoną część Warszawy. Nadzieje zdaje się zostały spełnione. Wytrwanie zostanie nagrodzone. Jednocześnie depesze z Londynu mówią o uzyskaniu zgody Rosji na udzielenie baz dla lotnictwa sojuszniczego, organizującego odsiecz dla Warszawy. Zapowiedziany jest wielki rejs floty sojuszniczej na Warszawę. To nic, że Niemcy tymczasem koncentrują ataki na linię wybrzeża Wisły. Wre też walka o każdy zaułek pozostałych jeszcze murów. Niech tylko przyjdzie pomoc, odbijemy stracone pozycje i zwyciężymy.

Pięć dni między 15 a 20 września dało pełny przedsmak zwycięstwa. Niewielka aktywność kilku lotniczych patroli sowieckich wypędza stukasy znad Warszawy. Zginął koszmar. Zapanowała atmosfera wielkiego święta. Zaroiły się ulice pokryte gruzami. Niewiele zwracano uwagi na artylerię. Zresztą i ta przymilkła, zastraszona przez lotnictwo sowieckie.

I oto przez Wisłę przechodzą na naszą stronę pierwsze bataliony oddziałów polskich, zorganizowanych po stronie sowieckiej pod dowództwem Berlinga. Oficerowie, wysłannicy Rokossowskiego, są już dawno w Warszawie i pracują w kontakcie z dowództwem powstania. Kierują ogniem sowieckiej artylerii. Naprawdę przyszedł już chyba kres cierpień.

Dzień 18 września, w którym wielka armada, złożona ze stu bombowców amerykańskich, przedefilowała nad Warszawą, zrzucając setki spadochronów z żywnością i bronią był bodaj najradośniejszym dniem powstania. Samopoczucie ludności można było porównać z tym chyba, jakie panowało w pierwszych dniach upojenia zwycięstwem. Ludzie nieznajomi padali sobie na ulicy w objęcia, leciały w górę czapki wiwatujących tłumów, radosnym okrzykom nie było końca. Nieulękłe, majestatyczne i nie do pokonania fortece amerykańskie przeleciały na wschód, by odtąd wziąć pod swe opiekuńcze skrzydła nieszczęsne miasto. Było to ostatnie złudzenie nadchodzącej pomocy. Przeleciały i nie powróciły. Był to ostatni wybuch nadziei, która też miała zawieść.

Warszawa łupem Niemców

.

Niemcy widocznie wyciągali z tych zjawisk takie same, jak i powstańcy wnioski. Ustał nawet ogień artylerii. Ale już na trzeci dzień po przelocie armady amerykańskiej znowu, jeszcze chyłkiem tuż nad dachami, ukazały się niemieckie bombowce. Znów zaryczały potworne moździerze, wyrzucające od razu kilkanaście zapalających i burzących pocisków. Znów „wielka Berta” rozpoczęła rzucanie swych wielkich waliz, wypełnionych najsilniejszym materiałem wybuchowym. Ulewa ognia i żelaza potęgowała się z dnia na dzień i z godziny na godzinę. Polskie oddziały armii sowieckiej zostały wycofane z powrotem na prawy brzeg rzeki, pozostawiając tylko historyczne świadectwo o łatwości sforsowania podówczas Wisły. Stało się jasne, że Warszawa skazana została na zniszczenie.

Na oczach milionowej armii sowieckiej, zajmującej drugi brzeg Wisły niespełna o kilometr od jej pozycji czołowych, Niemcy oczyszczali potokiem własnego żelaza i ognia oraz krwi powstańców całe Powiśle i Mokotów, a za chwilę mimo niebywałego bohaterstwa musiał paść Żoliborz. Kierownictwo powstania nie mogło zamknąć na to oczu. Propozycje kapitulacji, odrzucane w pierwszej połowie września w nadziei, że jednak pomoc nadejdzie, Niemcy ponawiają z powrotem. Czy można je odrzucić i skazać pół miliona ludzi, pozostałych jeszcze na terenie objętym przez powstanie, na pewną śmierć? Gdyby został choć cień nadziei. Dowództwo powstania wysyła ostatnie depesze. Do swego rządu w Londynie śle raport o przebiegu sześćdziesięciu dni walki samotnej i o tym, że miasto jest już w agonii. I jednocześnie idą depesze do Churchilla, do Roosevelta, do Stalina z zawiadomieniem o sytuacji, z ostatnim wezwaniem o pomoc i stwierdzeniem, że jeszcze trzy dni mimo wszystko powstanie utrzyma się. Jeśli jednak nie będzie bodaj zapowiedzi konkretnej pomocy – 1 października Warszawa musi złożyć broń.

Na depesze te nie przyszła żadna odpowiedź. Rząd w Londynie stwierdził tylko lojalnie swą całkowitą bezsilność wobec stanowiska sprzymierzeńców. 2 października rozpoczęły się rokowania o kapitulację.

Po 63 dniach powstania Warszawa znów znalazła się w ręku Niemców. Żołnierze armii podziemnej poszli do niewoli, dziesiątki tysięcy zdolnych do pracy zabrali Niemcy na przymusowe roboty. Resztę rozpędzili po całym kraju. W rękach Niemców pozostały ruiny i mogiły.

Wypędzone z Warszawy masy ludności rozproszyły się po kraju, niosąc wieść o przebiegu powstania. I wyrosła w Polsce nowa legenda bohaterstwa i ofiary. Zrodził się nowy mit, który stał się własnością całej ludzkości, świadcząc historią 63 dni osamotnionej walki, czego dokonać może ukochanie wolności.

.

Powyższy tekst jest zapisem artykułu lub przemówienia, powstałego we Francji w sierpniu 1946 r. w drugą rocznicę powstania warszawskiego. W postaci maszynopisu znajdował się w zbiorach Archiwum Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku, a drukiem ukazał się w książce Zygmunt Zaremba – „Powstanie sierpniowe”, Wybór i opracowanie Marian Marek Drozdowski i Olena Zaremba-Blatonowa, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1990

Artykuł inkorporowano z portalu Lewicowo.pl, który zaprzestał już swojej działalności.

.

Warszawa w ogniu powstania ( cz. 1 )

76 rocznica Powstania Warszawskiego. Zaczęło się na Żoliborzu

SPOŁECZNE OBLICZE POWSTANIA [ WARSZAWSKIEGO ]

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Inne z sekcji 

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

 . Grzegorz Wojciechowski .         Pewnej hrabinie z Borowa dedykuję tą opowieść.   .         Niedaleko Karpacza, na przedmieściu Kowar, leży  wioska Bukowiec, znana głównie ze szpitala, gdzie składa się połamane kończyny miłośnikom białego szaleństwa. W wiosce mieści się niewielki pałacyk z dużym dobrze urządzonym ogrodem. Ta niepozorna budowla miała bardzo duże znaczenie […]