Historia

76 rocznica Powstania Warszawskiego. Zaczęło się na Żoliborzu

.

Wojciech W. Zaborowski

.

To już 76 lata mijają od wybuchu Powstania Warszawskiego. Z każdym rokiem coraz mniej wśród nas uczestników tego wolnościowego zrywu, z każdym rokiem również coraz częściej zaludniają cmentarze świadkowie owych wydarzeń, którzy wówczas byli małymi dziećmi, dziś zaś dochodzą w swym życiorysie ósmego krzyżyka. To m.in. dlatego, mimo iż rocznica nie należy do tzw. okrągłych, głośno i w mediach, i w prywatnych rozmowach o najtragiczniejszym w dziejach naszego narodu powstaniu, które przyniosło wprawdzie 63 dni poczucia wolności i dumy, jednocześnie jednak śmierć prawie 18 tysięcy powstańców i 180–200 tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy. Zapełniło również obóz przejściowy w Pruszkowie pod Warszawą kolejnymi 200 tysiącami wygnanymi przez okupanta ze stolicy, gdy Powstanie skapitulowało i Niemcy przystąpili do systematycznego równania Miasta Nieustraszonego z ziemią. Tocząca się od dziesięcioleci debata na temat celowości Powstania zapewne trwać będzie jeszcze długo, choć może mniej emocjonalnie, gdyż coraz częściej spierać się będą nie uczestnicy i świadkowie, a publicyści i historycy nowej już generacji. Dopóki więc Oni – uczestnicy, jeszcze są wśród nas, a i my – świadkowie owych dni, znajdujemy się wśród żywych, warto z okazji rocznicy przypomnieć parę – nie dla wszystkich jeszcze oczywistych – faktów.

 

.

Z książek o Powstaniu można stworzyć pokaźną bibliotekę. Pomijając prace tendencyjne, pisane na polityczne zamówienie w pierwszych powojennych dziesięcioleciach, od szóstej dekady ubiegłego wieku starano się, nadal nie akceptując idei Powstania, przynajmniej zrehabilitować jej akowskich uczestników (uprzednio nazywanych bandytami i oskarżanych o współpracę z okupantem). Wraz z normalizacją politycznej sytuacji Polski, również Powstanie doczekało się obiektywnych monograficznych prac, a jego uczestnicy mogli ogłaszać swe wspomnienia drukiem.

Na tle wydanych dotychczas pozycji, traktujących o Powstaniu, jedna książka budzi niewątpliwie zainteresowanie szczególne. To monumentalna praca Normana Daviesa „Powstanie 44” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2006), licząca 950 stron, wzbogacona zarówno wspomnieniami uczestników i świadków, jak również fotografiami oraz dokumentami z archiwów. Jak ocenił, recenzując wcześniejsze angielskie wydanie książki, w „Sunday Telegraph” Sir Max Hastings: „Norman Davies napisał wzruszającą elegię na cześć tamtych skazanych na zagładę romantyków, którzy w 1944 roku walczyli z taką szlachetnością i z tak tragicznym skutkiem. […] Nieszczęściem Polaków było to, że byli znienawidzeni i przez Rosjan, i przez Niemców i że przyglądała im się obojętnie większość zachodnich aliantów”. A sam autor stwierdza bez ogródek: „…Podstawowe pytanie, jakie należy postawić, brzmi: nie – dlaczego powstańcy nie zdołali osiągnąć swoich celów, lecz – dlaczego w ciągu dwóch miesięcy wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy?”. I w tych dwóch zdaniach, pytaniu autora i komentarzu recenzenta, mieści się wszystko, o czym traktuje książka. Jest ona szczególnie wzruszająca i wstrząsająca dla warszawiaków – w swym bezkompromisowym przedstawianiu prawdy, ale bezcenna również dla badaczy najnowszej historii i tych wszystkich, którym propagandowe opowieści sprzed lat do dziś zostawiły w umysłach historyczne białe plamy. Autor, prezentując różne opinie na temat przyczyn i celowości Powstania, trafnie wskazał na podstawową przyczynę jego wybuchu, przytaczając słowa jednego z uczestników: „Chcieliśmy być wolni i sobie tę wolność zawdzięczać”. Tak też oceniali Powstanie i powstańców wszyscy warszawiacy żyjący wtedy w stolicy, choć przez długie lata nie można było tego głośno mówić!

Nie byłem powstańcem, Powstanie wycisnęło jednak na moim pokoleniu trwały ślad. Należę do tych, którzy przyszli na świat w Warszawie w latach okupacji. W momencie rozpoczęcia Powstania Warszawskiego miałem zaledwie parę lat. Wybuch Powstania zaskoczył naszą rodzinę, gdy mama była ze mną na spacerze, ojciec zaś, chirurg laryngolog, na lekarskim dyżurze w szpitalu Dzieciątka Jezus. Do mieszkania już nigdy nie wróciliśmy. Ojca, o którym mówiono, że zginął pod gruzami szpitala, spotkaliśmy ponownie po wojnie. Dziecięcy wózek jeszcze długo po wojennej zawierusze przypominał koszmar tułaczki. Wraz z wygnańcami ze spalonej stolicy, w owym właśnie spacerowym wózku, trafiłem do pruszkowskiego obozu. Przypadek, szczęśliwe zrządzenie losu, a konkretnie ludzki odruch pochodzącego z Austrii żołnierza, który sortował uchodźców, sprawił, że nie rozdzielono, jak to było u Niemców w zwyczaju, dziecka od matki. Po zwolnieniu z obozu dotarliśmy do wiejskiego gospodarstwa w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie – jak i w wielu innych podwarszawskich miejscowościach – tutejsi chłopi przyjmowali bezdomnych warszawiaków, oferując im tymczasową kwaterę, dzieląc się sercem i dobytkiem.

Ot, typowa historia, jedna z wielu podobnych z tamtych lat, choć z nietypowym, bo szczęśliwym, zakończeniem.

.

.

Wspominam o tym przy okazji 76 rocznicy warszawskiego wolnościowego zrywu, bo w nas wszystkich, którzy przeżyli Powstanie, pozostało ono na zawsze obecne jako pokoleniowe przeżycie, w życiorysie i pamięci. Nie można, nie wolno zapomnieć. Żoliborz – miejsce, gdzie najwcześniej zaczęły się powstańcze walki, był przez kilka powojennych dziesięcioleci miejscem mego zamieszkania. Pamiętam stalinowskie lata pięćdziesiąte, gdy pod blok przy ul. Mickiewicza 25, gdzie mieszkaliśmy, podjeżdżały w nocy citroeny Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UB) i bezpieka zabierała z mieszkań byłych uczestników Powstania, młodych akowców. Niektórzy wrócili po tzw. październikowej odwilży 1956 roku, po innych ślad zaginął. Pamiętam młodą i atrakcyjną sąsiadkę, córkę pracownika UB, która w miejscowym barze „Bałtyk” naciągała na polityczne zwierzenia biesiadników, po czym wzywała tajniaków, by aresztowali zaskoczonych gości. Ale pamiętam też jak na ul. Suzina, nieopodal kina „Tęcza”, zawisła po latach tablica upamiętniająca rozpoczęcie Powstania. I nade wszystko wciąż mam przed oczyma parafialny żoliborski kościół przy ul. Hozjusza, nieopodal pl. Wilsona (za komuny przemianowano plac na „Komuny Paryskiej”) pw. św. Stanisława Kostki, który pełnił w czasie Powstania rolę szpitala i po latach, obok funkcji sakralnej, jest miejscem upamiętniającym poległych powstańców. Tu właśnie pełnił przez pewien czas duszpasterską posługę były kapelan AK, poeta ks. Jan Twardowski, i tu kościół po wojnie konsekrował były kapelan AK, „Prymas Kampinoski”, ks. Stefan kardynał Wyszyński.

Przekazywane w rodzinach wspomnienia, jak i fizyczna obecność powstańców w powojennej Warszawie sprawiały, że propagandowe, kłamliwe paszkwile na temat genezy Powstania, jego dowództwa i uczestników, nie miały szans, by zniszczyć powstańczy etos. To, o czym dziś mówi się głośno, wtedy mówiło się po cichu: Rosjanie stali nad Wisłą z bronią u nogi, czekając, aż Warszawa się wykrwawi i będą mogli zainstalować promoskiewski rząd. Podejrzewano też wiarołomstwo zachodnich sojuszników, którzy już wcześniej w Teheranie uzgodnili powojenny podział Europy, zostawiając praktycznie Stalinowi wolną rękę w sprawie Polski. O tym nie poinformowano wtedy ani rządu londyńskiego, ani przywódców Powstania.

…Bo wolność krzyżami się mierzy. Historia ten jeden ma błąd”. To o Monte Cassino. Ale po 76 latach pasuje jak ulał i do wspomnień o powstańcach. Gloria Victis!

Ilustracje – domena publiczna Wikimedia Commons.

.

SPOŁECZNE OBLICZE POWSTANIA [ WARSZAWSKIEGO ]

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Warszawa w ogniu powstania ( cz. 1 )

Moralno-polityczne znaczenie powstania warszawskiego

Inne z sekcji 

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

 . Grzegorz Wojciechowski .         Pewnej hrabinie z Borowa dedykuję tą opowieść.   .         Niedaleko Karpacza, na przedmieściu Kowar, leży  wioska Bukowiec, znana głównie ze szpitala, gdzie składa się połamane kończyny miłośnikom białego szaleństwa. W wiosce mieści się niewielki pałacyk z dużym dobrze urządzonym ogrodem. Ta niepozorna budowla miała bardzo duże znaczenie […]