Aktualności

Warszawa w ogniu powstania ( cz. 1 )

.

Zygmunt Zaremba

.

Czy pamięta ktoś dziś we Francji, że dwa lata temu dnia 24 sierpnia Warszawa powstańcza po zrzuceniu okupacji słała pozdrowienia wyzwolonemu właśnie Paryżowi? Mamy ten tekst przed sobą: „Powstańcza Warszawa do wyzwolonego Paryża. Jesteśmy dumni, że nasi lotnicy i żołnierze z polskiej dywizji pancernej biorą udział w bitwie, która doprowadziła do tego zwycięstwa. Wyzwolenie Paryża doprowadzi wkrótce do całkowitej klęski naszego wspólnego wroga. Chwała żołnierzom Francuskiej Armii Podziemnej (FFJ)! Chwała bohaterom Paryża! Niech żyje Francja! Niech żyje Polska! Niech żyje wolność!”.

Radio Warszawa, 24 sierpnia 1944 roku.

Niech żyje wolna Francja. Niech żyje wolna Polska. Francja jest wolna. To życzenie, zawarte w depeszy, spełniło się. Ale Polska… jak długa jeszcze będzie jej droga do wolności całkowitej? Sześćdziesiąt trzy dni tylko trwała pełna wolność Warszawy. Były to właśnie dni powstania. Dni krwawe i straszne. Ale wspomnienie, które po nich zostało w sercu Polaków, wiąże się nierozerwalnie z szerokim oddechem wolności, zdobytej wprawdzie wielką ofiarą, jednak pełnej i tak chciwie chłoniętej po pięciu latach okupacji niemieckiej.

Godzina „W”

.

Już od połowy lipca, kiedy na ulicach Warszawy ukazały się pierwsze wycofywane ze Wschodu oddziały niemieckie, niosące na sobie oznaki zmęczenia i porażki, lud Warszawy poczuł, że zbliża się chwila uderzenia na wroga powstańczym sztyletem. Na widok samochodów ewakuujących rodziny niemieckie z Warszawy, ciężarówek napełnionych kradzionym dobytkiem, po masach wyległych na ulice ludności szedł pomruk nienawiści przeplatany odgłosami radości. Jedni zaciskali pięści, pytając niecierpliwie, kiedy wreszcie padnie rozkaz uderzenia. Inni padali sobie w objęcia, nie mogąc powstrzymać wyrazu radości, że oto przychodzi chwila zakończenia okupacyjnego koszmaru.

Nad Warszawą co noc zawisają bajeczne żyrandole lotnictwa sowieckiego, prześwietlające każdą szczelinę miasta. Bombowce sowieckie zasypują pociskami obiekty wojskowe na przedmieściach Warszawy wschodniego brzegu Wisły. Ludzie z rzadka już tylko schodzą do schronów. Z ciemnych okien mieszkań, z kątów podwórek tysiące oczu wpatrują się w te ognie i śledzi na niebie skrzyżowania świetlistych mieczy obrony przeciwlotniczej. Świadomość pełna nadziei, że to już ostatnie chwile ponurej nocy niewoli, przepełnia całą ludność Warszawy. A podsłuchowe stacje radia podziemnego przynoszą codziennie nowe wiadomości o zbliżaniu się wojsk sowieckich. 30 lipca są one już w Aninie, czyli o sześć kilometrów od granic miasta. Wywiad podziemnej Armii Krajowej (AK) ustala zbliżanie się skoncentrowanych wojsk sowieckich i całkowite wycofywanie się Niemców w kierunku na Bzurę, położoną o 60 km na zachód od Warszawy. Przychodzą do Warszawy ludzie, którzy już się zetknęli z armią sowiecką. Mój przyjaciel i towarzysz Weber, dowódca jednego z oddziałów Organizacji Wojskowej Polskiej Partii Socjalistycznej (formacji wchodzącej w skład ogólnej Armii Krajowej) sam zetknął się z armią sowiecką w Świdrze, podwarszawskiej miejscowości letniskowej, i opowiadał w podnieceniu, jak żołnierze i oficerowie sowieccy namawiali go, by nie wracał sam, lecz razem z nimi za kilka dni do miasta. Ale on musiał wracać jak najprędzej do swego oddziału. 2 sierpnia, w drugim dniu powstania, padł rażony niemiecką kulą, spełniając swój obowiązek żołnierza i socjalisty polskiego.

Na dzień 1 sierpnia dowództwo armii podziemnej w Warszawie wyznacza zbiórkę wszystkich oddziałów armii podziemnej. Godzina piąta po południu tego dnia w rozkazie mobilizacyjnym została oznaczona tajemniczą literą „W”. Tylko niewielu dowódców na najwyższym stopniu zna jej treść faktyczną. Zbiórek takich w ostatnich tygodniach było już kilka. Może i teraz jest to tylko jedna z prób sprawności organizacji. Te wątpliwości były powszechne w umysłach tysięcy mężczyzn i kobiet należących do spisku wojskowego. Ale idą dzisiaj, spełnić jak zawsze rozkaz, klną w duchu, że każe się im nosić karabiny zbyt nieraz wyraźnie rysujące się spod palt i narzutek, co wzbudza sensację wśród przechodniów. Ale może wreszcie tajemniczy znak „W” przyniesie upragnione wystąpienie. Tak też się stało.

Mimo najbardziej przestrzeganej tajemnicy –przejawów tych przygotowań Armii Krajowej nie można było ukryć całkowicie. Wywiadowi niemieckiemu udało się ustalić miejsce zbiórki oddziału wojskowego PPS na Żoliborzu na północnym skraju miasta. Oddziałem dowodził towarzysz Faja, robotnik i stary działacz partyjny. Nie daje się zaskoczyć. Otwiera ogień do zbliżających się Niemców. W ten sposób powstanie Warszawy rozpoczyna się pierwszego sierpnia o godzinie 3 po południu. Pierwsze strzały i pierwszą krew oddaje Polska Partia Socjalistyczna. O godzinie 5 po południu jednocześnie wszystkie posterunki niemieckie w Warszawie zostają zaatakowane przez oddziały Armii Krajowej. Około 2 tysięcy plutonów AK przystąpiło do akcji.

Powstanie zwycięża

.

Długo, mozolnie, wśród tysięcy niebezpieczeństw zbierana była broń do tego wystąpienia. Od roku z górą pracowały potajemne wytwórnie broni Armii Krajowej. Dzisiaj przyszedł dzień święta przede wszystkim dla wytwórni „filipinek”, czyli granatów ręcznych, odznaczających się dużą siłą kruszącą i nie mniej potężnym głosem. Dzisiaj żołnierzy plutonów idących do akcji zaopatrzono głównie w „filipinki”. Pistoletów maszynowych, najbardziej teraz użytecznych, starczyło tylko po kilka na każdy pluton. Karabiny ręczne mogły służyć dopiero potem, w drugiej fazie walki. O powodzeniu decydowało, czy uda się zaskoczyć niemieckie oddziały i dozbroić się zdobytą bronią. Na tym polegał plan dowództwa powstania w Warszawie, na którego czele stał spokojny, zawsze pogodny, a nieustępliwy komendant Monter, którego prawdziwe nazwisko – jak później dowiedziała się cała Polska – brzmi Chruściel. Plan ten został całkowicie wykonany.

Wiele placówek niemieckich od razu dostaje się w ręce polskie. Każda z nich staje się arsenałem dla wzmocnienia ataku powstańców na inne. Ataki na koszary SS i większe skupienia policji czy gestapo przy słabym uzbrojeniu nie mogły liczyć na powodzenie: miały tylko znaczenie manewru, wiążącego silniejsze zgrupowania wojskowe Niemców i nie dopuszczającego do udzielania przez nich pomocy placówkom rozsianym po całym mieście. Warszawa zmieniła się w teren tysięcy bitew i potyczek. Dopiero po trzech dniach nieustannej strzelaniny i fantastycznego wysiłku całej ludności, budującej wszędzie barykady i umocnienia, ustala się zarys zdobytych przez powstanie pozycji. Całe Śródmieście, Powiśle na lewym brzegu Wisły, północne przedmieście Żoliborza, południowy Mokotów zostały zamknięte łańcuchem powstańczych barykad. Wprawdzie na tej przestrzeni zostały jeszcze wyspy oporu niemieckiego, jak drapacz chmur Cedergrena czy gmach YMCA lub Centrala Poczty i Telegrafów. Tu wszędzie miała trwać walka przez długie dni i upadek tych placówek, jednej po drugiej, świadczył jak okrzepło powstanie na swoim terytorium. Nie pomogły ani najcięższe „tygrysy”, ani chmara czołgów lżejszego kalibru, ani „goliaty” – owe V3  – pociski wybuchowe, poruszające się automatycznie po ulicy i wybuchające w zetknięciu z przeszkodą. Nie pomogło też Niemcom osłanianie atakujących czołgów gromadami kobiet i dzieci polskich wziętych do niewoli. Nic nie zdołało rozbić łańcucha barykad, bo stał za nimi dosłownie cały lud Warszawy. Kobiety, dzieci, mężczyźni uzbrojeni w kilofy, łopaty, butelki z benzyną, a przede wszystkim ogarnięci porywem walki, nie pozwalali bezkarnie przekroczyć tej linii. Płonęły czołgi, gdy zbyt się zbliżyły. Zapadały się w „wilcze doły”, wykopane po wewnętrznej stronie barykady. A każda wyrwa w obronnym wale natychmiast była załatana wysiłkiem tysięcy rąk.

Powstanie zdobyło teren dostateczny dla zorganizowania się wewnętrznego i przetrwania chociażby kilku tygodni w oczekiwaniu pomocy sojuszników. Zdobyło też i trzymało w swym ręku cały lewy brzeg Wisły, dając Rosji – sprzymierzeńcowi sprzymierzeńców Polski – pełną możność przekroczenia w każdej chwili rzeki.

Wyspa wolności

.

Na tej wyzwolonej przestrzeni miasta potoczyło się życie dziwne. Władzę administracyjną objęły częściowo organa wojskowe armii podziemnej, częściowo zaś administracja cywilna, przygotowana za czasów konspiracji. Ale jakże inny od normalnego rygor zapanował w tej odciętej od całego świata wyspie. Oparł się on całkowicie na dyscyplinie stworzonej przez powołanie komitetów domowych i blokowych w poszczególnych domach. Wszelka policja była zbyteczna. Całe miasto stało się gminą uspołecznioną we wszystkich swoich funkcjach. Ludność dzieliła się żywnością z żołnierzami i uciekinierami z zajętych przez Niemców dzielnic miasta. W poszczególnych domach zaczęły powstawać wspólne kuchnie, obsługujące stałych i przygodnych mieszkańców. Gdy zabrakło zapasów prywatnych, sięgnięto do składów zdobytych na Niemcach i administracja rozdzielała żywność za pośrednictwem komitetów domowych, nie pobierając żadnych opłat. Pieniądz przestał grać rolę. Zapanowała jakaś braterska wspólnota walczących. A nad wszystkim górowało radosne poczucie, że oto jesteśmy wreszcie wolni. Wykwitła szlachetna duma, że dokonaliśmy tego własnym wysiłkiem, że bijemy Niemców, że zmuszamy ich do poddawania się, że muszą oddawać broń w ręce „naszych chłopaków” jak zwano żołnierzy Armii Krajowej. Przy tym charakterystyczne: nie było wybuchów zemsty przeciw jeńcom, przy przeprowadzaniu ich z ulicy na ulicę – byli oni używani do robót fortyfikacyjnych – ludność przyglądała się im z ciekawością i niejeden padł okrzyk zjadliwy, że tak potoczył się los „narodu panów”, ale nikt nie podniósł ręki na nich, nie zdarzył się żaden dziki akt samosądu.

Nieustanny obstrzał miasta przez artylerię niemiecką coraz to większego kalibru spędził ludność na niższe piętra i do piwnic. Tam pod ziemią powstały całe nowe linie komunikacyjne Warszawy. Z piwnic jednego domu przebito przejście do sąsiedniego. Pod ulicami znajdującymi się w zasięgu niemieckiego obstrzału wykopano formalne tunele, a jeszcze głębiej arterie kanalizacji posłużyły do komunikowania się z oddalonymi placówkami powstania, odciętymi przez Niemców od centrum. Można było krążyć pod wielkimi przestrzeniami miasta nie wychylając się wcale na powierzchnię.

Na tej wyspie wolności znalazły się w większości wszystkie centralne organa podziemnego państwa polskiego i sztaby poszczególnych partii politycznych. Zakipiało życie polityczne. Prawie cała centralna prasa podziemna wyszła teraz na powierzchnię. Zaroiło się na ulicach, w piwnicach, w bramach domów i na węzłowych punktach tuneli podziemnych, od kolporterów rozdających dzienniki, tygodniki i ulotki. Każdy mógł pisać, co chciał. Żadnej cenzury nie było i nie można jej sobie nawet wyobrazić – przecież to pisma nielegalne wczoraj, więc jak miały się dziś spotkać z cenzurą? Projekt zaprowadzenia kontroli pism, zgłoszony przez któregoś z urzędników, wywołał jednomyślny sprzeciw wszystkich przedstawicieli partii politycznych i nie wyszedł nigdy poza gabinet owego wnioskodawcy. „Robotnik” – centralny organ PPS od 1892 r. – wychodzący dotąd konspiracyjnie, od pierwszego dnia powstania zaczął ukazywać się znów codziennie jako najpoczytniejsze pismo Warszawy.

Wszystkie partie polityczne rozwinęły również swoją działalność. Wszystkie one, nie wyłączając komunistycznej, stanęły po stronie powstania. Działalność ich zmierzała przede wszystkim do wzmocnienia akcji zbrojnej i ambicją było dać najwięcej plutonów na linię, najwydatniejszy wziąć udział w walce i w pracy tyłowej. Nic tu nie można było blefować, siły poszczególnych grup były ujawnione całkowicie. I kiedy w drugiej fazie powstania przyszła z zewnątrz komenda nakazująca komunistom traktować powstanie jako akcję reakcyjnych żywiołów, każdy w Warszawie wiedział dobrze, że za tą propagandą komunistyczną stało tylko kilka plutonów bez znaczenia dla przebiegu walki i każdy też wzruszał tylko ramionami, gdy spotykał się z krzykliwą jak zawsze propagandą komunistów i ich sympatyków.

Rząd dusz całkowicie i bez reszty sprawowały organa podziemnego państwa polskiego. Rada Jedności Narodowej skupiająca reprezentantów czterech partii politycznych i trzech mniejszych grup niepodległościowych, pod przewodnictwem Kazimierza Pużaka – sekretarza generalnego Polskiej Partii Socjalistycznej – spełniała jak za czasów konspiracji swą rolę parlamentu Polski walczącej. Codzienne prawie jej posiedzenia poświęcone były bieżącym problemom walki i administracji oraz ustalaniu linii politycznej w stosunku do ważniejszych zagadnień ogólnych. Obok urzędowała Krajowa Rada Ministrów na czele z wicepremierem Jankowskim (była ona składową częścią rządu przebywającego w Londynie), w której posiedzeniach brał też stale udział komendant Armii Krajowej, Bór-Komorowski. W łonie tych ciał zbiegały się wszystkie nici wojny powstańczej i powstańczej polityki.

.

Tekst inkorporowano z portalu Lewicowo.pl, który zaprzestał już działalności.

Warszawa w ogniu powstania ( cz. II )

76 rocznica Powstania Warszawskiego. Zaczęło się na Żoliborzu

SPOŁECZNE OBLICZE POWSTANIA [ WARSZAWSKIEGO ]

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Moralno-polityczne znaczenie powstania warszawskiego

Europa powojenna

Inne z sekcji 

Śmierć „polskiego” Rwandyjczyka

. Radosław S. Czarnecki . Po długiej i ciężkiej chorobie zmarł abp Henryk Hoser. Miał 78 lat i w swej karierze  piastował wiele znaczących stanowisk w hierarchii Kościoła w Polsce i na świecie. Zakonnik-misjonarz (pallotyn)wizytator apostolski w Rwandzie w latach 90. XX w., przewodniczący Papieskich Dzieł Misyjnych w latach 2005–2008, biskup diecezjalny warszawsko-praski w latach 2008–2017, a od 2017 arcybiskup […]

Wiersze Jana Zacharskiego: „Wolne Media”

. Jan Zacharski . Wolne Media . To jest spór stary jak grecka tragedia, Toczy się walka dziś o wolne media. Władza powiada, chyba nie wątpicie, Media być wolne muszą całkowicie, Dlatego sobie te pretensje rości, By je uwolnić od niezależności. A my rządzący, jesteśmy zdolni, Od obiektywizmu chcemy je uwolnić. Stan naszych mediów władzy […]