Artykuły

„Konserwy” na Kołymie

 

Grzegorz Wojciechowski


Do celi dociera niewielkie tylko światło – chociaż jest dzień, to tu panuje półmrok. Naprzeciw mnie siedzi stary, zniszczony człowiek. Ma ponad siedemdziesiąt lat. S. ma poważny zarzut: zabił człowieka, już po raz drugi. Pierwszy raz uczynił to przed ponad 25 laty, odsiedział ponad dziesięć. Dlaczego to zrobił?
– Jak się wk…ię, to nie wiem, co robię. Dostał za swoje, mógł mnie nie wk…wiać – mówi, patrząc poważnie na mnie.
Wiem, że nie należy pytać o szczegóły. Pewnych rzeczy lepiej jest nie wiedzieć. W kryminale nie zadawaj pytań, to będą cię szanowali, jak będziesz za ciekawy, to będziesz podejrzany, nie będziesz miał autorytetu. Słuchaj wtedy, gdy ktoś chce ci coś powiedzieć i tylko tyle, co ci powie. Nie pytałem więc o szczegóły.
S. zapytał mnie: – Dawno głodujesz?
– Tak, trzy miesiące.
– Bardzo źle wyglądasz.
Nie odpowiedziałem. Na spacerniaku dowiedziałem się, że S. to wariat, przez niego rozpędzili całą sześcioosobową mańkę (celę). Często wpadał w gniew. Nie chodził, poruszał się o kulach, do łaźni znosili go na krześle kalifaktorzy (więźniowie funkcyjni), na spacerniak nie chodził, bo jak? Siedział cały czas pod mańką, chorował, brał prochy.
Nocą charczałem, gdy się dusiłem, gdy łapały mnie skurcze, jęczałem z bólu. S. się wściekał, chciał spać.
– Jak cię je…ę fikołem (taboretem), to się uciszysz raz na zawsze!
Gdyby to powiedział ktoś inny niż S., to nie miałoby żadnego większego znaczenia. Prowadziłem głodówkę, dla współwięźniów byłem jak święty, człowiek, któremu każdy miał obowiązek pomagać. S. jednak był inny, wyraźnie widać było, że ma cechy psychopatyczne. Mógł to zrobić, zabił już przecież nie raz.
Czasami S. mówił o sobie. Pochodził z okolic Lwowa. Wiele lat spędził w łagrze, daleko, koło Magadanu, na Kołymie. Opowiadał mi o smutnym życiu, jakie tam pędził, o zimnie, przemocy, bólu i cierpieniu. O śmierci mówił bez emocji, naoglądał się jej tyle wokół siebie, że nie robiło to już na nim żadnego wrażenia. Nie pytałem go, za co tam się dostał, gdyby chciał mi powiedzieć, sam by to zrobił. Zresztą, czy ważne za co? Większość ludzi, którzy tam byli i stracili życie, nie wiedziała, za co tam trafili.
Od czasu, gdy go spotkałem minęło już ponad dwadzieścia lat. Nie sadzę, aby S. mógł jeszcze żyć, zapamiętałem jedną z jego opowieści.
– Ty głodujesz, to powiem ci, co to jest głód. Na Kołymie – wspominał S. – było wielu ludzi: kryminalni, polityczni i ci zwykli, którzy tu trafiali nie wiadomo za co. Ludzie umierali, ale niektórzy uciekali. Dokąd uciec stamtąd? Do tajgi, nieważne, byle tam nie być. Trzeba było przejść setki kilometrów. Uciekali najczęściej kryminalni, byli najsilniejsi, najmniej spracowani. Nie uciekało się samemu, sam człowiek w tajdze zginie. Trzeba było uciekać grupą, w kilku. Ja nie uciekałem, liczyłem, że wyjdę i później wyszedłem, ale byli tacy, którzy nie mieli wyjścia, musieli tak zrobić. Jak się już zdecydowali, to musieli zdawać sobie sprawę, że będą mieli kłopoty z żarciem. Ile można zdobyć wyżywienia, by zabrać ze sobą? – niewiele. Nie starczy to na wielotygodniową wędrówkę. Była więc zasada, jak uciekali kryminalni: brali ze sobą jednego, dwóch, góra trzech świeżaków, takich, co byli jeszcze wypasieni i niezniszczeni pracą. Oni się cieszyli, że starzy więźniowie o nich się martwią i chcą ich ze sobą zabrać, byli im wdzięczni. Wybierali takich, którzy byli słabsi od nich fizycznie, mniej sprawni i nie umieli się bić.
Gdy w czasie ucieczki brakowało już jedzenia i głód był wielki, zabijano tego, który był najsłabszy i powoli zjadano. Wówczas ten drugi wiedział już, co go czeka, musiał się strasznie bać, ale gdzie uciec? Zapewne go okaleczali i ciągnęli dalej ze sobą, aż zjedli po drodze. Takie to były konserwy na Kołymie.
Niedługo po wysłuchaniu tej opowieści nasze drogi się rozeszły, ja miałem przerzutkę (zmiana celi), odszedłem pod inną mańkę, on został tam. Nigdy więcej nie widziałem S. Nie wiem, czy żyje, ale chyba nie. Myślę jednak, że należy to, o czym mi powiedział, przekazać innym.
Opowieści tej wysłuchałem w styczniu bądź lutym 1998 roku w Areszcie Śledczym we Wrocławiu przy ulicy Świebodzkiej.

Inne z sekcji 

Baron Agostino La Lomia i jego Akademia Parnasu

. Grzegorz Wojciechowski .     Pewnego sierpniowego dnia 1969 roku ukazał się w kilku ważnych dziennikach, takich jak:  „Giornale di Sicilia” w Palermo,  „Giornale d’Italia” w Rzymie, czy też w paryskim „Le Figaro” i wielu innych gazetach, pewien nekrolog, który wywołał poruszenie w sferach sycylijskiej tytułowanej szlachty, tak licznej na tej wyspie.    W […]

Henryka Worcella kłodzkie lata

. Grzegorz Wojciechowski .   Ten artykuł traktuje o moim sąsiedzie, którego miałem poznać w czasie ostatnich miesięcy jego życia, mieszkaliśmy bowiem we Wrocławiu przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie. Dziś na ścianie budynku, w którym mieszkał i tworzył  pisarz znajduje się skromna tablica pamiątkowa.          „Zaklęte Rewiry”, film z 1975 roku, w reżyserii Janusza Majewskiego, […]