Artykuły

Czy taka demokracja warta jest żywota?

.

Radosław S. Czarnecki

.

Co to za demokracja, skoro ubiegać się

o wybór mogą tylko ludzie, którzy mają

milion albo 10 mln dolarów ?

Benjamin Barber

.

Taki dylemat, zupełnie obrazoburczy dla dzisiejszych, nadwiślańskich elit i basującego im bezrefleksyjnie mainstreamu medialnego, stawiano już dawno w jaskini demokracji. I to w ukochanej i obdarzanej niemalże religijnym kultem nad Wisłą, Odrą i Bugiem – w Ameryce. Owo pytanie i spór był istotą debaty – najszerzej określając – pomiędzy Johnem Deweyem a Walterem Lippmannem. Chodziło w nim już w latach 30. XX wieku o to czym jest i czym ma być demokracja. Nie zagłębiając się dokładnie na czym ów spór między dwoma amerykańskimi intelektualistami – i zgromadzonymi wokół nich zwolennikami – polegał można skonkludować, iż demokracja liberalna winna oprócz kanonów i reguł jurydycznych, priorytetu dla własności prywatnej i zasad wolnego rynku oraz tzw. przedsiębiorczości opierać się jeszcze o coś co Dewey nazywał „cnotami obywatelskimi”. Jego zdaniem liberałowie preferując kult i dyktat liberalnych instytucji mających stać niewzruszenie na straży wspomnianych reguł zapominają, degradując istotę demokracji, o warstwie psychologicznej, społecznej i najszerzej pojętym uniwersum. Chodzi o żywego człowieka i to, iż jest on związany z realną kulturą i niesionymi przez nią doświadczeniami. Nie z wydumanymi i apriorycznie uznanymi za dogmat poglądami. Takie rozumienie kultury – wypreparowane z pojęć: polityka, państwo, społeczeństwo itd. pozostających jej integralną częścią – przeczy samo w sobie klasycznym tezom liberalizmu. Zwłaszcza deprecjacja lojalności i zaufania wewnątrz demokratycznych społeczności jako podstawy wspomnianych „cnót obywatelskich”, powoduje absolutny regres, a potem degradację demokracji. Permanentne kłamstwa – egzemplifikujące się rozbieżnością przedwyborczych zapowiedzi i programów partyjnych z praktyką rządzenia – są tego jaskrawym i dobitnym potwierdzeniem.      

Czy dziś nie zderzamy się w masowej skali – nie tylko w naszym kraju –z podobnymi przypadkami i trendami ? Powodem jest zawsze permanentny izolacjonizm liberalnych elit, ich wyniosłość i oderwanie się od sposobu myślenia „zwykłych ludzi”. I ten izolacjonizm postępował i postępuje przede wszystkim w sferze aprioryczności przekazu, będącego formą transmisji „z góry na dół”. A to wyklucza dialog. Tej izolacji towarzyszy swoisty dogmatyzm myślenia „klasy mówiącej” czyli elit liberalnych i sprzężonego z nią mainstreamu medialnego. To wszystko powoduje, że dyskusja będąca od zarania jądrem demokracji jest zakwestionowana. W praktyce „klasy mówiące” sprowadzają taką postawą dyskurs publiczny do symulacji rzeczywistości. Do jego pozoracji negując wymianę zdań i poglądów  między różnymi klasami, grupami społecznymi, zbiorowościami czy wspólnotami. A to właśnie ona jest solą demokracji, jej istotą i kośćcem. Właśnie z racji tego, iż rządzące Polską liberalne elity (o różnym odcieniu) przez lata tak się zachowywały mamy dziś u nas dwa obce sobie plemiona, usadowione po przeciwnych stronach nadwiślańskiej barykady. Nie rozmawiające ze sobą, nie dyskutujące, a warczące, opluwające się, złorzeczące sobie nawzajem. 

Izolacja elit doprowadziła do tego, że dyskurs publiczny stał się zamkniętą, prowadzoną w obrębie swoich, na kształt klanowych baniek informacyjnych, rozmową przekonanych z przekonanymi. Dla innych ma się pogardę, pouczenia, paternalistyczne grożenie paluszkiem, mentorski ton i epitety w rodzaju lenistwa, populizmu, rozdętych żądań czy roszczeniowości. To kaleki i karłowaty wymiar zarówno dialogu społecznego jak i samej demokracji. Nie dziwi więc że w takich sytuacjach kartka wyborcza wpada do urn tych którzy jawią się jako „anty-liberałowie”. I nie ważne słusznie to czy nie. Ktoś którego się nie słucha i na dodatek stygmatyzuje, obraża, poniża, ktoś kto czuje się upokorzonym, wykluczonym czy w jakikolwiek sposób postawionym do politycznego kąta, będzie co najmniej przeciwnikiem (a na pewno nie zwolennikiem) tak funkcjonującej demokracji. I nie ważne, iż te elity zaprzeczają takim intencjom swojego przekazu. Duża część „ludu” tak to odebrała i wartościowanie nie ma jakiegokolwiek znaczenia.

Trzeba pamiętać iż zasadniczym kanonem demokracji jest zasada: jeden człowiek, jeden głos. Z nią  wiąże się bezpośrednio zapomniana w ogóle i nie poruszana w Polsce sprawa: równość obywatelska musi zakładać co najmniej grube przybliżenie równości ekonomicznej. To stwierdzenie kreślące fundament sprawnej i akceptowanej w miarę powszechnie demokracji wyklucza dominację pieniądza i kult wartości rynkowych. Leseferyzmu i związanego z nim bezpośrednio pojęcia homo oeconomicus – tak fetyszyzowanych na różne sposoby nad Wisłą przez „klasę mówiącą” – nawet nie ma co wspominać w kontekście „cnot obywatelskich”. Ten fetysz sam w sobie zabija znaczenie równości, a tym samym – obywatelskości.

Demokrację zabija też mocno preferowana, admirowana w mediach i przez elity polityczne, tzw. kultura natychmiastowej gratyfikacji. Ona również jest sprzeczna z deweyowskimi  „cnotami obywatelskimi”. I dot. to zarówno wymiaru polityki, gospodarki, życiowych osiągnięć i ocen jakości życia. Najczęściej perspektywą polityka demo-liberalnego są cztery lata – czyli od wyborów do wyborów – a jedyną wartością czy cnotą jest poprzez dostanie się do parlamentu zapewnienie sobie i swoim najbliższym odpowiedniej egzystencji. Z tym właśnie wiąże się istota kultury natychmiastowej gratyfikacji,  związana z pozycją materialną. To na tle powszechnej mizerii coraz szerszej masy ludzi – odczuwającej swą permanentną degradację na drabinie społecznych akceptacji i pod względem szans awansu społecznego –  jest wysoce niemoralne (zwłaszcza gdy elity nawołują stale do wstrzemięźliwości i oszczędności). Drugi aspekt tej sytuacji:  mając na uwadze post-feudalną i na wpół-pańszczyźnianą mentalność dużej części polskiego społeczeństwa – która zawiera moc egalitarnych przekonań – takie patriarchalne, izolacjonistyczne i mentorskie rządy oraz działania polityków niosących liberalne zasady na swych sztandarach  świadczą o ich bezrefleksyjności i irracjonalności. To jest dyskwalifikacja wobec wymogów społeczeństwa demokratycznego i obywatelskiego.  

Istnienie instytucji formalnie demokratycznych w takiej sytuacji nie gwarantuje demokratycznego porządku społecznego. Liberałowie od dawna uważali i taką też prowadzili politykę (na co wskazywał Dewey we wspomnianej wymianie zdań  z Lippmannem a o czym w Polsce zapomniano) iż demokracja bez świadomości i owych „cnót obywatelskich” stanowiących niejako jej jądro otoczone dopiero owymi instytucjami, może się doskonale obywać. Ale wtedy jest symulacją demokratycznego systemu. Błędem „klasy mówiącej” w Polsce  – z którego nadal słuchając enuncjacji demo-liberałów w Polsce wnioskuję, iż się nie wyzwolili – jest aprioryczna wiara w demokrację jako procedury i fasady instytucjonalnej, zadekretowanej apriorycznie przez ich pseudo-liberalną narracją. To  typowo konserwatywny sposób myślenia i widzenia świata. A przede wszystkim – żywych ludzi i kultury.

Kultura natychmiastowej gratyfikacji wiążę się jednocześnie z tym, iż sprowadzono społeczeństwo do zbioru konsumentów. A konsument fetyszyzowanych dóbr codziennego użytku – których posiadanie ma go zarówno stymulować do dalszej konsumpcji jak i czucia się z tego tytułu spełnionym i szczęśliwym – nie może być świadomym obywatelem. Tym samym eliminuje się ludzi z czynnego i świadomego udziału w demokracji. Przekonanie, iż panujący po 1991 r. niepodzielnie na całym świcie system jest jedynym i najlepszym w dziejach ludzkości (idiotyczna sentencja Fukuyamy o „końcu historii” prostacko i bezmyślnie podchwycona przez polskich demo-liberałów), doprowadziło w efekcie do przekonania owe „elity mówiące”, iż kapitalizm w obecnej wersji jest doskonały i nie potrzebuje żadnego wsparcia społecznego. A w takim razie dyskurs z „ludem” na bazie współodpowiedzialności i wzajemnego szacunku jest bezsensowny i nie potrzebny. Powrócono do opisywanego i krytykowanego wielokrotnie w polskiej literaturze schematu „Pan” vs „Cham”.

Ostatnie lata nadwiślańskich rządów wyraźnie pogorszyły, wręcz deprecjonując istotę, jakość i twarz samej demokracji. Ale źródło tych trendów i efekty widoczne dziś mają swe źródła w początkach tzw. transformacji ustrojowej. W tendencjach o których wspomniałem i o których Dewey mówił już prawie 100 lat temu. I czy taka demokracja, o takiej jakości i zrozumieniu jej przez społeczeństwo, może przetrwać ? I czy warto o nią walczyć ?

.

Obłęd neoliberalnej narracji

Czy Kabul będzie drugim Sajgonem?

Inflacja świętych i ich upadek

Pomnik – Return cz. I. Syndrom sztokholmski

Inne z sekcji 

Fraszki Jana Zacharskiego: „Na publicznej scenie”

. Jan Zacharski . Niedobry układ Nie będziemy niestety finansowym rajem, Albowiem nam Unia milionów nie daje, I będzie tak działał ten układ niedobry, Dopóki Kraj będzie pod rządami Ziobry. . Najdroższy minister Minister Ziobro – prawicy nadzieja, Jest on najdroższym ministrem w dziejach, On wobec Unii jest taki twardy, Że on kosztuje Polskę miliardy. […]

Lądecki basen, w którym kąpał się sam Fryderyk Wielki

. Grzegorz Wojciechowski .   W centrum lądeckiego uzdrowiska znajduje się niezwykły budynek, jego neoberokowa architektura przyciąga uwagę licznych przyjezdnych kuracjuszy. Swym wyglądem przypomina arystokratyczną rezydencję, a jej charakterystycznym elementem jest znajdująca się w centralnej środkowej części wysoka okrągła kopuła, która kryje pod sobą wspaniały basen. Budynek, w którym mieści się obecnie zakład przyrodo-leczniczy  otoczony […]