Ateizm i wolnomyślicielstwo

„Zimmermanniada” „Moja Baba” – skrót z komentarzem „Naprzodu” ( III )

.

Moja pani”.

.

Przyczynek do psychologii księżych gospodyń” .

.

(Ks. prof. Zimmermanna rozprawa habilitacyjna).*

*[ W tym miejscu „Naprzód” przesadził, z cała pewnością nie jest to rozprawa habilitacyjna, aczkolwiek cały dorobek naukowy ks Zimmermanna jest wyjątkowo ubogi. Która z jego nielicznych prac była habilitacją? W tym czasie było ich zaledwie kilka, i choćby ich objętość ( pomiędzy 15 a 50 stron ) wyklucza, aby mogły być pracami habilitacyjnymi – redakcja Lewicowy Dolny Śląsk ]

.

Uwaga: Pisownia według oryginału.

.

Jesteśmy prawdziwie szczęśliwi, że możemy pierwsi w polskiej prasie podać Czytelnikom naszym wyjątki z ostatniej naukowej rozprawy, zarazem habilitacyjnej, słynnego naszego uczonego i socyologa, zamianowanego profesorem uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie — ks. Zimmermanna. Jeszcze wczoraj „cichy*, a dziś już tak głośny uczony, ukrył się tu pod pseudonim em „Tektander” ( Zimmermann po polsku cieśla, po grecku znaczy tektander ), chcąc przez to prawdopodobnie uniknąć tyle zasłużonego rozgłosu. Mimo to rozprawa ta utorowała mu drogę do uniwersyteckiej katedry, a redakcya naszego pisma, nie chcąc, by tak jasne światło ukrytem zostało dla szerszego ogółu pod korcem , postarała się o to świeżo z pod prasy wypuszczone wiekopomne dzieło i podaje dziś z niego czytelnikom dosłownie zacytowane ustępy. Zwracamy przy tem uwagę czytelników na wzniosłość myśli, szlachetność nastrojów, dostojność tematu, niezwykle subtelny dowcip, przedziwną jasność stylu i wyjątkową piękność języka, którem i to zaletami odznacza się w wysokim stopniu zacytowane dzieło, z którem i jednak w żadnej mierze współzawodniczyć nie mogą pisma i dzieła w rodzaju „Nowin” , „Głosu Narodu”, „ Bociana”, „Nowości Ilustrowanych”, kryminalnych romansów, jak : „Czarna ręka”, „Romans akuszerki”, „Blada hrabina”, „Zatruty pazur”, „Trup w koszu”, „Trup w sofie”, „Trup w skrzyni”, „Uciśniona niewinność” lub „Niewinny zdrajca czyli pokrwawione dessous”.

* * *

Na wstępie zastrzega się szanowny autor przed prawdopodobną insynuacyą czytelników książki, jakoby chciał konkurować co do sensacyi z warszawskim tygodnikiem „Świat” lub poznańskim „Praca”. Chętnie godzimy się na to zastrzeżenie i gotowiśmy przyznać, że dzieło ks. Zimmermanna nie może konkurować nawet z „Bocianem” ( bowiem i w „Bocianie” można czasem znaleźć krztę lekkiego humoru ).Tłumaczy się następnie ks. Tektander ( Zimmermann ) z tego, że odważa się pisać o osobie, pochodzącej z „najniższego stanu”.

Wobec tylu zalet, którem i odznacza się książka, chętnie zbrodnię tę szan. autorowi wybaczamy i przyznajemy mu rzeczywiście niemałą odwagę…

Nie możemy się jednak zgodzić na dalej uczynioną przezeń uwagę, przypuszczającą z góry niezrozumienie przez większość czytających „dzieło” intencyi autora. I właśnie niniejszy felieton, poświęcony jego książce, powinien obawom szan. autora kres położyć

*

W „paragrafie” pierwszym właściwej rozprawy powiada tak szan. autor, opisując przyjęcie do służby „mojej pani” : „Tak mi poszło jak innym ludziom , którzy ani wiedzą jak się ożenią, albo wieś kupią, a potem całe życie się dziwią…„ I została u mnie przez długie 10 lat…

*

Następnie w „paragrafie” czwartym opisuje szczegółowo strój powszedni i strój od święta „swej baby” i powiada między innemi:

Na targ i na co dzień na ulicę bierze strój mniej podpadający (?), skromny i poważny. W domu zaś występuje w kaftaniku lub w staniku , w krótkich rękawkach od koszuli, często bez fryzki (?), z gołą głową o cienkiem poszyciu przygładzonych włosów i z ogonkami niewinnych warkoczyków zakręconych na tyle głowy, w pantoflach lub bamboszach (?), a latem boso nieraz — istne babsko!”

*

( Już powyższe cytaty usposobić muszą czytelnika dobrze dla dzieła, obiecując mu jego wiedzę w niejednem wzbogacić i zadowolnić jego smak estetyczny ! )

Czytamy dalej:

Patrząc na twarz baby, postać całą, kształty (!), ruchy, nikomu by na myśl nie przyszło, że są osoby, które posiadają takie przedmioty w innem wydaniu ( sic ), i że takie rzeczy mogą stanowić pewien urok i pewną ponętę”…

*

Autor opisuje w dalszym ciągu cnoty gospodarskie i kucharskie „swej baby “ , wymieniając szczegółowo potrawy, które umiała robić najlepiej, i twierdzi, że „ była dziewczyną do wszystkiego”.

Chętnie wierzymy zapewnieniom szanownego autora i zazdrościmy, czytając, że tyle cnót posiadające narzędzie pożytku i codziennej rozkoszy szan. autor li dla siebie zmonopolizował…

Nie dziwimy się też słowom autora, że taki skarb, jak „jego baba”, na „obojętność względem siebie nie pozwalała” ( na str. 22 ).

*

Z przyjemnością następnie dowiadujemy się, że szan. ksiądz autor gościł u siebie często hr. Stanisława Czarneckiego, ks. Zdzisława Czartoryskiego, radcę Mojzykiewicza, prof. Rutkowskiego, że wujem jego jest hr. Władysław Łubieński i przykro jest nam istotnie, że osoby wymienione są nam zgoła nieznane ; i nie zadziwia nas to wcale, że dla godnego przyjęcia tak wysoko urodzonych gości jego baba ubierała się w atłasową czerwoną sznurówkę”…

Cz. Wr.

Naprzód nr 275 z 30 listopada 1910 r.

* * *

( dalszy ciąg )

Styl ks. Tektandra budzi w nas szczery zachwyt i sądzimy, że takie powiedzenia, jak w „paragrafie” ósmym: „Zupełnie się pod tym względem za mną nie wdała”, albo słowa „ślewka” ( § 11 ), „tłomaczyć na polskie” ( str. 41 ), „odczekać korekty” ( tamże ), przedziwnie trafne zastosowanie słowa „przedsiębiorstwo” ( str. 56, 81 ), nowy, przepiękny przyimek „tamdotąd” ( str. 83, 89 ), „egzemplifikować coś na czemś” ( str. 91 ), ta „gotyka” ( str. 91 ), „nie podpadało to jednak nikomu” ( str. 91 ) „fortepian nieco przechodzony” ( str. 95 ), „pod wpływem nowych weksacyi” ( str.104 ), „nie uwielbia odznaczających się kumulacyą (l) nabożeństw” ( str. 108 ), „dom ten zatrudnia fortepiany” ( str. 121 ), „ zalęgły się dzieci ( str. 123 ), „obci” ( zam.obcy, str. 139 ), „nakrawałem kwestyę” ( str.152 ), oskoma „ za czemś” ( str. 167 ) itd. itd. — że te i tym podobne kwiatki, od których książka jego się roi, mogą jego uniwersyteckie wykłady uczynić istotnie zajmującym i nie mały wywrzeć wpływ na dalszy rozwój polskiej nauki i mowy.

W § 11 zachwyca się nasz autor oszczę dnością „swej baby” i przytacza na fakt ten szczegółowe i wzruszające zaiste przykłady.

Np.: „Z resztek pieczeni obiadowej robi wieczorem potrawkę, a tłuszcze zlewa do garnuszka. Nazajutrz pozostały kawałek mięsa wyciąga ze sosu, miele na maszynie i daje w postaci pasztecika lub pieroga, albo też faszeruje nim kalarepę lub ogórek kwaszony”. „Kompot ten sam stawia tak długo na stół,aż zostanie jedna lub dwie gruszki, ślewki lub jabłka; wtedy otwiera nową puszkę lub butelkę i pozostałą ślewkę wpuszcza w środek salaterki dla urozmaicenia. Ma zwyczaj, że do farszu nie tylko miele mięso i bułkę, ale jeszcze i kości (!). Czasem dostanie się weń i większy gnat”.

Tak samo dzieje się z orzechowym tortem. Prawdopodobnie sądzi, że łupiny od orzechów są zdrowe na ślepą kiszkę”.

Powyższe zwierzenia szan. autora skłaniają nas do tego, że dzięki składamy losom , iż nam go mimo to wszystko przy życiu do dziś zachowały i z lękiem i wzruszeniem zapytujemy go, czy nie cierpi dziś jednak na katar żołądka lub kiszek?… Z radością też konstatujemy, że wiadomości kulinarne szan. księdza profesora wcale nie są gorsze od takichże, zdobiących naszych galicyjskich duszpasterzy…

* * *

Ks. Tektander uważa się w § 12 swego„dzieła” za „czerwonego demokratę” i z żalem powiada, że „niestety nie było to dość, aby mnie narodowa demokracya uważała za swojego” ( str. 37 ) — czego i my wraz z nim głęboko żałujemy!…

Cieszymy się jednak, że te jego demokratyczne idee udało mu się „wcielić w życie codzienne, we własnym domu”, w żywy i tęgi symbol ludu — we własną gospodynię, czyli „babę”… ( Rzecz się mu zupełnie powiodła: „baba” go, jak opowiada, na dobre osiodłała (!).

Następuje cały długi szereg kart, poświęconych utyskiwaniom na te „babskie” rządy w domu, czyli na „demokratyczny” ustrój gospodarstwa domowego ks. Zimmermanna. ( „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” — biedny Tektandrze! ) Aż wreszcie rządy demokratyczne zmieniły się na absolutne rządy„ baby”! Z cierpliwością jednak i chrześcijańską zaiste pokorą znosi je ks. Zimmermann, zasłaniając się przy tem wyznawaniem przez siebie — „praw ludu”! I to nas już nie tylko wzrusza, ale wprost do łez rozczula, zwłaszcza, że liczne szczegóły z epoki tych rządów absolutnych „baby* są aż nadto drastyczne i pozwalają przypuszczać, że tam chyba żylasta ( jak u indyczki! ) pięść „baby”,albo miotła musiała być nieraz w robocie? ( Co, szanowny Tektandrze? ) I czytelnik podziwiać w końcu musi bohaterskie zaparcie się ks. Zimmermanna, który tyle cierpiąc ( przez 50 prawie kartek! ), umie zdobyć się jeszcze na str. 59 na okrzyk:„Niech żyje wola ludu, niech żyje równouprawnienie upośledzonych w społeczeństwie jak i w domu !“.

I dodaje zaraz dalej:

I teraz największem mojem pragnieniem jest nie sprzeciwiać się w niczem jej pojęciom, a przede wszystkiem zamiarom i postanowieniom . I tylko to jedno mam życzenie, aby moje chęci i postępowanie życzeniom jej odpowiadały zupełnie, a przede wszystkiem abym umiał ograniczać i powściągać swe potrzeby, które by jej były niepożądane i niezrozumiałe. Stąd też na Boże Narodzenie, łamiąc się z nią opłatkiem wilijnym , życzę jej zawsze, aby jak najwęcej przez cały rok była ze mnie zadowolona”…

* * *

Miał też szanowny autor na str. 63 ze swą gospodynią synka… ( Był to pies, którego wesoły ksiądz przezwał „synkiem” ). Był to „najsilniejszy węzeł, jaki go łączył z babą” —w co, wobec tak pilnie wcielanej przezeń w pożycie wzajemne idei równo uprawnienia, nie łatwo przychodzi czytelnikowi uwierzyć…„Synek” się im jednak nie uchował; ksiądz postanowił „wydać go z domu” i podarował komuś ze znajomych, poświęciwszy mu jednak przedtem niemal cztery w swem dziele karty.

Następuje kilka kart, poświęconych domowem u ptactwa ( str. 69 i 70 ) Indyczka, której pod ogon „baba nie sypała piasku, tylko podkładała papier na przypadek, iżby się indyczce coś ludzkiego miało zdarzyć (!) —została przez „babę” zarżniętą, przez oboje —pożartą.

Cz. Wr.

Naprzód” nr 276 z 1 grudnia 1910 r.

( dalszy ciąg )

.

W paragrafie 17 zastanawia się szanowny autor nad kwestyą — matrymonialną.„Sam nigdy nie byłem zwolennikiem małżeństwa – pisze -„Jak tylko sobie zapamiętam obrzydliwie mi się robiło na samą myśl o fizyologicznej stronie tej instytucyi. Dzisiaj z latami wstręt zmienił się w obojętność, ale wystawiam sobie bardzo żywo, jak straszną musi być rzeczą bezustannie mieć wzgląd na drugiego człowieka i uznawać jego prawa”… ( A „Baba” Tektandrze i jej równouprawnienie w pańskim domu?…)

Gdy sobie pomyślę” — mówi dalej (na str. 73) — „że jakaś (!) osoba może wymagać ode mnie, abym — — rozbierał i ubierał się przy niej, a już co najgorsza spał z nią w jednym pokoju, to zaiste głęboko żałuję każdego męża” (!)‘

Prócz tego małżeństwo przedstawia mi się jak jedno wielkie ograniczenie wolności jednostki, jako członka ludzkości i społeczeństwa, w kierunku jego działalności twórczej dla dobra ogółu”.

Na dwu jeszcze stronach swej książki agituje namiętnie pobożny kapłan katolicki przeciwko sakramentowi małżeństwa, jako jego zdecydowany przeciwnik! Przyznaje mu tylko wartość jako „doskonałemu urządzeniu pod względem zabezpieczenia się na starość przed osamotnieniem”.

Mimo to jednak, przesyciwszy się już pewnie „swą babą”, anonsował ją „w Przewodniku Katolickim”, jako kandydatkę do stanu małżeńskiego ( str. 76 ) Z ks. Tektandra jest widać nie tylko uczony i demokrata, ale i spryciarz nie lada!

Na dowód tej jego zalety przytoczymy jeszcze zdanie wyrażone w § 20, na str. 100: „Duchowieństwo powinno unosić się ponad partyami, tak iżby każde stronnictwo sądziło, że ono do niego na leży i szczególnie je popiera”…

*

Rozbrajającą jest też niekiedy szczerość naszego uczonego, z jaką mówi o swej wiedzy:

Mieszkanie to z pomocą „mojej pani” oddziałało na mnie kształcąco w innych jeszcze kierunkach. Na sam przód zapoznałem się bliżej z fizyologią rodzaju ludzkiego (!). Z czasów gimnazyum nie wyniosłem z nauk przyrodniczych wiele wiadomości. Z botaniki spamiętałem sobie tylko: „lychnis flos succuli, capsella bursa pastoris i calta palustris”, z zoologii wiem, że o każdem zwierzęciu żyjącem w Afryce, jak hyena, szakal, pantera, można powiedzieć, jak nasz profesor mówił w kwincie jako refrain: „wird auch von den Hottentoten gegessen”, z chemii spamiętałem sobie H2O, z fizyki przypominają mi się rozmaite przyrządy, które nieboszczyk Wituski związywał szpagatem, bo się rozchodziły ze starości, a nowych nie sprawiano. Ale fizyologii nikt mnie nie uczył”.

Fizyologii nauczył się szan. autor, dowiedziawszy się, że „dzieci się lęgną” ( str. 123 ). Wiadomość tę zdobył nasz uczony przy następującej okazyi:

Skutkiem zabrania mi pokoju sypialnego stało się i to nowe mieszkanie za ciasne. — Z pozwoleniem więc sąsiadek kazałem w ścianie wybić drzwi i dostałem się w ten sposób do ich pokoju. Nazwiska ich nic mogę jednak tym razem wymienić”…

Pokazało się, że właśnie nad tym pokojem od dawna zalęgły się dzieci”…( Słuszną jest więc rzeczą, że uczony tej miary, co nasz autor, został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego! ).

Z radością też wypada nam podnieść, że nasz autor jest jako filozof nitscheanistą, wszędzie bowiem, gdzie mówi o ogóle, używa słów: „trzoda ludzka” i „motłoch” ( str.144 i 145 ), wiedza zaś jego jest większą, niżby się z pozoru wydawało i niż sam w swej skromności o niej sądzi.

Oto dowód na str. 148:

Trudno mi nie wiedzieć, że na ogół w świecie dzisiejszym duchowny to synonim wstecznictwa duchowego, ciasnoty umysłowej, czynnik pragnący ujarzmienia rozumu ludzkiego za pomocą kajdan średniowiecznego a skostniałego dogmatyzmu, to reprezentant nieszczerości, zatajający własne pojęcia i słabości, działający wbrew swoim przekonaniom.”

Wzruszającym jest też opis na str. 161, jak się „jego pani” spać kładzie:

Zamyka okno, zasuwa zasłony, idzie do swej sypialni, klęka do modlitwy i, ziewając w odstępach, modli się długo. Po czasie otwierają się drzwi do jadalni, wysuwa się ręka, stawia na stolik przy drzwiach lampkę nocną i cofa. — Niezadługo ostatni objaw jej życia milknie. Przychodzi sen. Wszystko bez słów, cicho, samotnie, dla siebie. Jutro znów dzień”.

Autor jest dyskretny i nie wspomina o jednym jeszcze zwyczaju, któremu podlegają „takie baby”, układające się do snu: o polowaniu na pchły…

* * *

Książkę kończy „przedmowa”. W niej znajdujemy taki ustęp:

Nie jestem zresztą pierwszym ze stanu duchownego, który wpadł na tego rodzaju pomysł. Przed moją pracą wyszły już drukiem liczne broszury i dwa tomiki „Streszczenią wykładów — z manuskryptu — X. T. K., prof. hist. kośc.“ Dumny byłbym tylko, gdyby moja praca osiągnęła ten sam skutek, co te usiłowanie skreślenia historyi Kościoła, które czytając, wije się każdy ze śmiechu”.

Miejmy nadzieję, że pobożnemu życzeniu autora zadość się stanie…

* * *

Chcąc dać czytelnikom wyczerpujące pojęcie o wartości dzieła ks. Tektandra, należałoby je chyba w całości przedrukować. Jest to jednak z różnych względów niemożliwe, a najwięcej chyba z tego, że balibyśmy się naszych czytelników znudzić.

Sądzimy jednak, że z zacytowanych wyżej ustępów i zdań czytelnik zdoła sobie dostateczny wyrobić sąd tak o gospodyni księdza Zimmermanna, jak też i o nim samym…

W końcu pozostaje nam złożyć życzenia Uniwersytetowi Jagiellońskiemu i wdzięczność mu swą wyrazić za to, że tej miary uczonego, psychologa, teologa, socyologa i pisarza, pozyskać sobie zdołał…

Cz. Wr.

Naprzód” nr 277 z 2 grudnia 1910 r.

.

Zimmermanniada na Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli wojna o „Moją Babę” ( I )

„Zimmermanniada” na Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli wojna o „Moją Babę” 1910-1911 ( II )

„Zimmermanniada”. „Chrześcijańska socjologia ks. Zimmermanna.

Inne z sekcji 

Zimmermanniada na Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli wojna o „Moją Babę” ( I )

. Grzegorz Wojciechowski . Znane nam są powszechnie dzieje wojny trojańskiej, której przyczyną była piękna Helena. Mniej natomiast znane są dzieje innej wojny o kobietę, jaka toczyła się w latach 1910-1911 w czcigodnych murach krakowskiej wszechnicy. W historii nosi ona nazwę wojny o „Moja Babę”, lub „Zimmermanniady”, a jej główną bohaterką było dzieło naukowe popełnione […]

Tadeusz Boy-Żeleński. Nasi okupanci

. Jak niewiele się w Polsce zmieniło przez ostatnie prawie sto lat. Warto przeczytać, jakże wciąż niestety, aktualny felieton Boya. Zachęcamy do lektury. Redakcja . Tadeusz Boy-Żeleński. Nasi okupanci.   Termin użyty w tytule nasunął mi się, kiedy czytałem enuncjację ks. prymasa Hlonda. Istotnie, kiedy się czyta ten list w sprawie nowej ustawy małżeńskiej, przechodzący […]