Artykuły

Wrocławscy dziennikarze w pokojowych misjach ONZ. Panmundżon 1954-1955.

Stanisław Łapeta

Dzięki uprzejmości redakcji „Odrodzonego Słowa Polskiego” prezentujemy czytelnikom wspomnienia wrocławskiego dziennikarza Stanisława Łapety, który w latach 1954-1955 przebywał na misji ONZ w Korei

.

Właśnie odbywałem służbę wojskową jako pisarz w kancelarii personalnej 40 Pułku Zmechanizowanego w Bolesławcu, gdy przyszło pismo z Ministerstwa Obrony Narodowej. Polecono wytypować dwóch żołnierzy służby zasadniczej do Jednostki Wojskowej 2000 w Warszawie. Nie podano, gdzie ci żołnierze będą pełnić dalszą służbę. Osobiście sądziłem, że chodzi o stolicę, a ponieważ do tej pory jej nie znałem, postanowiłem pozostały okres spędzić właśnie tam.

Wytypowałem siebie i kolegę, który podobnie jak ja był pisarzem, tyle że w służbie żywnościowej. Jak się później okazało, obaj – a także nasze rodziny – byliśmy sprawdzani przez odpowiednie służby. Ostatecznie mnie zakwalifikowano, a kolega, do którego były jakieś zastrzeżenia, musiał pozostać w Bolesławcu.
Po przyjeździe do jednostki, która stacjonowała na Okęciu, zostałem poinformowany, że jestem w grupie żołnierzy przygotowywanej do Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych w Korei. Grupa składała się z 33 osób, w większości byli to żołnierze – ponadto znalazło się tu kilku kandydatów z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz kilku tłumaczy języka angielskiego. Wśród tych ostatnich był dziennikarz z Wrocławia Michał Żywień.

W zabytkowej części Kesongu. Stanisław Łapeta – pierwszy z prawej.

Dwa tygodnie pociągiem
Z Warszawy wyjechaliśmy do Panmundżonu pociągiem 1 października 1954 roku. Podróż trwała dwa tygodnie. Podczas jednego z posiłków w wagonie restauracyjnym zobaczyłem generała w radzieckich szlifach, którego twarz wydała mi się znajoma. Dopiero w rozmowie z nim wyjaśniło się, że służy w Wojsku Polskim, a udając się na urlop wypoczynkowy do ZSRR, musiał zmienić mundur.
Ostatnią naszą stacją kolejową było miasteczko Kesong. To tutaj od 1951 roku toczyły się rokowania rozejmowe, które zostały potem przeniesione do Panmundżonu. Serdecznie powitało nas kierownictwo polskiej misji, a szczególnie ucieszyli się ci, których mieliśmy zmienić.

Praca i czas wolny


W naszej misji od śniadania do obiadu każdy z nas zajmował się wyznaczonym zadaniem, choć zdarzały się też zajęcia popołudniowe. Za to w czasie wolnym organizowaliśmy najczęściej rozgrywki sportowe – zarówno wewnętrzne, jak i międzynarodowe. Były to mecze piłki nożnej, siatkowej, turnieje szachowe, graliśmy także w brydża. Wieczorem oglądaliśmy filmy, które otrzymywaliśmy z kraju. Zapraszano nas także na wycieczki do zabytkowych miejsc Korei Północnej.
Nierzadko gościliśmy zespoły estradowe – zarówno koreańskie, jak i chińskie. Po występach były tańce – próbowaliśmy sił i w koreańskich, i chińskich, ale nie było to łatwe. Natomiast artyści tych zespołów świetnie sobie radzili z naszymi tańcami.
Pewnego dnia wybrałem się do kina w Kesongu. Podczas projekcji filmu kilkakrotnie ukazywał się na ekranie ich Ukochany Przywódca Kim Ir Sen. Publiczność każdorazowo wstawała, witając go oklaskami. Aby nie potraktowano mnie tak, jak bym tego nie chciał oczekiwać, uczyniłem tak samo. Nigdy więcej do kina nie poszedłem.

Li Syn Man grozi


Pierwsze trzy miesiące upłynęły w Panmundżonie dość spokojnie. W czwartym ówczesny prezydent Korei Południowej Li Syn Man nakazał nam wyjechać w ciągu 48 godzin. W przeciwnym razie zagroził wysłaniem samolotów, które miały zbombardować nasz obóz. Tę zaskakującą dla nas wiadomość przekazaliśmy natychmiast do Warszawy. Równie szybko otrzymaliśmy odpowiedź zakazującą nam opuszczenia siedziby. Wszyscy udawaliśmy bohaterów, ale trudno było wówczas przewidzieć, jaki nastąpiłby rozwój sytuacji w przypadku rzeczywistego ataku.

Ładuj trzema!


W czasie naszej służby w misji nie mieliśmy żadnej broni. Nie brakowało nam jednak amunicji innego gatunku. Wódkę służbową, którą otrzymywaliśmy z kraju w sporych ilościach, wolno nam było pić tylko w uzasadnionych okolicznościach. Znajdowaliśmy je: były to na przykład rocznice wyzwolenia polskich miast spod okupacji hitlerowskiej.
Każde takie spotkanie zaczynało się od przemówienia szefa polskiej misji generała brygady Leszka Krzemienia. Każdorazowo na zakończenie wystąpienia padała komenda: „Ładuj trzema!” Oznaczało to, że należało teraz wypić przynajmniej trzy kieliszki.

Było blisko czterystu, jest dwóch


Komisja Nadzorcza w Panmundżonie została powołana na mocy porozumienia rozejmowego, podpisanego 2 lipca 1953 roku. W pierwszej polskiej zmianie było 391 osób, nasza liczyła już tylko 99. Gdy w 1956 roku zlikwidowano grupy inspekcyjne w terenie, w naszej misji pozostało tylko kilka osób. Obecnie działalność komisji ogranicza się do rozpatrywania zgłaszanych naruszeń układu rozejmowego. Na posiedzenia te z Polski dolatują dwie osoby. Od czasu podziału Czechosłowacji na dwa państwa w obradach nie uczestniczą Czesi. Pozostały więc tylko trzy kraje: Polska, Szwajcaria i Szwecja.

Powrót do kraju


Pobyt w Panmundżonie zakończyłem w 1955 roku. Za naszą aktywną działalność w misji Chińczycy zaprosili nas do zwiedzenia Pekinu. Uczyniliśmy to w drodze powrotnej do Polski.
W stolicy Chin spędziliśmy trzy dni. Zwiedziliśmy wspaniałe zabytki, w tym pałac cesarski. Wreszcie w majowe, gorące popołudnie wyruszyliśmy z pekińskiego dworca moskiewskim ekspresem w kierunku kraju. Wszyscy marzyliśmy już wtedy o jednym – żeby jak najszybciej znaleźć się w rodzinnych stronach.

Zamieniam Częstochowę na Wrocław


Nie żałuję, że chcąc zobaczyć Warszawę, trafiłem na drugi koniec świata. Dzięki temu już w Panmundżonie zostałem milionerem. Jako żołnierz zawodowy otrzymywałem tam wynagrodzenie miesięczne w wysokości blisko dwóch milionów juanów.
Po zakończeniu służby zasadniczej planowałem początkowo wrócić w rodzinne strony i podjąć pracę w Częstochowie. Gdy wróciłem z Korei, zaproponowano mi jednak dalszą służbę we Wrocławiu. Wkrótce zostałem dziennikarzem gazety Śląskiego Okręgu Wojskowego „Żołnierz Ludu”. Przesłużyłem w niej 30 lat.


Stanisław Łapeta


(Wspomnienie napisane w roku 2007)
Stanisław Łapeta, zmarły 5 maja 2008 roku, przez ponad 40 lat był dziennikarzem prasy wojskowej i współpracownikiem działów sportowych prasy cywilnej oraz wieloletnim działaczem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, a także organizatorem wielu imprez sportowych i rekreacyjnych dla dolnośląskiego środowiska dziennikarskiego. Był m.in. twórcą Mistrzostw Strzeleckich Dziennikarzy i przez 28 lat ich głównym organizatorem.

.

27.10.2019.

Mao Zedong: Imperializm i wszyscy reakcjoniści są papierowymi tygrysami

Sympozjum o Korei w Centrum Weterana

Kim Ir Sen o rewolucji koreańskiej

Wrocławscy dziennikarze w międzynarodowych misjach pokojowych ONZ. Korea 1954-1955

Inne z sekcji 

Życzenia dla Wioli czyli fiołka

. Wiosna,  tego roku, podobnie jak poprzedniego była wyjątkowo smutna, mało komu było w głowie myśleć o wiosennych kwiatach dla kogoś bliskiego. Z wiosną zawsze kojarzą się, wielu z nas, fioletowe niewielkie kwiaty – fiołki po łacinie violaceae, czyli viole. Uroda tych niewielkich ładnych i sympatycznych kwiatków, była już doceniana nawet w czasach starożytnych. W […]

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]