Artykuły

Wrocław w lipcu 1945 roku

.

Longin Wojciechowski

 .

Prezentujemy wspomnienia wrocławskiego dziennikarza red. Longina Wojciechowskiego ( 1926-2011 ), który w lipcu 1945, jako dziewiętnastoletni młody człowiek, przyjechał do Wrocławia, aby szukać lepszych warunków do życia.

Redakcja

 .

Dziwne to było miasto. W zasadzie dzielnica, od której rozpoczynaliśmy zwiedzanie nie była zburzona, ale zniszczenia były widoczne na każdym kroku. Brak było szyb w oknach domów, na pietrze obwarowania z worków wypełnionych piaskiem, dachy pozbawione były w większości dachówek. Wszędzie pełno gruzu tłuczonego szkła, porzuconych przedmiotów i zniszczonych pojazdów. W tym wszystkim, w całym tym bałaganie żyli ludzie, chodzili, coś załatwiali, przywozili lub wywozili.  Pozostał mi w pamięci drażniący nozdrza ostry zapach spalenizny, ohydny fetor trupi i widok świeżej zieleni drzew  i krzewów ostro kontrastujących z widokiem wojennego nieładu.

Niedaleko dworca Nadodrze, w jednej z narożnych kamienic i obok w drugiej, powiewały biało-czerwone flagi. Zajrzeliśmy tam, chcąc się dowiedzieć kto tam przebywa, porozmawiać z rodakami. Okazało się, że trafiliśmy na organizujący się komisariat Milicji Obywatelskiej. Kilkunastu chłopaków, w większości w moim wieku, kręciło się tam załatwiając różne sprawy, znosząc różne skrzynie i pudła z rozklekotanej ciężarówki. Były tam wśród tych znoszonych przedmiotów jakieś sprzęty biurowe, maszyny do pisania, a nawet i pianino, oraz mnóstwo różnych materacy, na których pozwolono nam spocząć i poczekać na komendanta. Świeżo upieczeni przedstawiciele władzy, mieli karabiny lub pistolety u pasa i biało-czerwone opaski na rękawach. Byli z tego bardzo dumni i ważni.

Zmęczeni zasnęliśmy. Przebudził nas jakiś chłopak z dużym pistoletem za pasem i w zawadiacko zsuniętej na tył głowy czapce i odezwał się do nas

– A wy czego chcecie? Kim jesteście i czego szukacie?

Zaczęliśmy tłumaczyć skąd przyjechaliśmy i daliśmy mu nasze skierowania z warszawskiego PUR-u [ Państwowego Urzędu Repatriacyjnego – przyp. Redakcji ]

Popatrzył na nas jakby oceniał naszą przydatność i zaproponował beż żadnych ceregieli:

– Jak chcecie do nas do milicji, to nie ma sprawy. Podajcie nazwiska i inne dane personalne.

Wyją z kieszeni zeszyt, położył go na jakiejś skrzyni, zapisał co mu podaliśmy i kazał czekać, bo wołali go jacyś ludzie z ulicy. Patrzyliśmy na tych młodych milicjantów, byli to prości i prymitywni chłopcy, którzy jeszcze do niedawna pracowali na wsi u bauerów lub wykonywali jakieś proste prace w mieście. Zachowywali się bardzo niepoważnie, jak wiejscy parobkowie przy budce z piwem. Widać było, że niektórzy z nich są już podpici, i że do najważniejszych zainteresowań i czynności członków tej placówki ochrony porządku publicznego, jest po prostu szaber i to na większą skalę. Była to już zgrana paka i nie bardzo zależało im na wciągnięcie do tej roboty kogoś spoza tej grupy. Nie było się można im dziwić, że chcieli mieć jakąś korzyść z zakończonej zwycięsko wojny i z pobytu w takim dużym i bogatym, chociaż zniszczonym mieście.

Patrzyliśmy na to, co robią nasi współtowarzysze służby i myśleliśmy czy jesteśmy zdolni do tego typu działalności. Przeszedłem już wiele i nie miałem skrupułów co do zagarnięcia poniemieckiego mienia, nie bałem się trudnych warunków życia, w takich pionierskich przecież czasach, jednak nie podobało nam się, to co tutaj się działo, ten prymitywizm, pazerność, ordynarne zachowanie. Nie, nie wyobrażałem sobie dobrowolnego życia wśród takich ludzi. Mój towarzysz wędrówki też patrzył na nich bez aprobaty. Po chwili intensywnego mrugania ( miał taki tik ) powiedział:

– Panie Longinie, jak pan chce, ja nie widzę tu dla siebie miejsca.

Niezauważeni przez nikogo, ponieważ nikt nie zwracał na nas uwagi, wyszliśmy na ulicę. Z okolicy Dworca Nadodrze udaliśmy się w kierunku centrum.

Uważnie obserwowaliśmy życie w tym mieście, to co pozostało po zaciekłych ponad trzymiesięcznych walkach i to wszystko co tu się rodzi, co przynoszą ze sobą napływający do miasta nowi gospodarze. W centrum zniszczenia były wielkie, widzieliśmy zniszczone przez bombardowania domy, pogorzeliska, powszechny nieład i ślady jeszcze niedawno toczących się walk. Szliśmy bez celu. Nie mieliśmy żadnego planu i chociaż miasto wywarło na nas bardzo żałosne i przygnębiające wrażenie, postanowiliśmy je zwiedzić i zobaczyć jak żyją tutaj ludzie.

W porównaniu z małymi domkami w Legionowie i innych podwarszawskich miejscowości, do których widoków przywykliśmy od lat, spotykane tu domy i kościoły wydawały nam się olbrzymie.

Gdzieś, chyba przy obecnej ulicy Świdnickiej, widzieliśmy wypalony zniszczony wewnątrz kościół. Pozbawiony wewnętrznego wystroju wydawał się bardzo wysoki i ponury. Plac przed Operą był całkowicie niemal ogołocony z drzew. Widać też tam było rozbite samochody, porzucone i zniszczone działa przeciwlotnicze, skrzynki i łuski od pocisków, pełno jakiś rupieci. W fosie pływały deski, sterczały koła samochodów i inne przedmioty. Podążaliśmy w kierunku Dworca Głównego, jedna z głównych ulic miasta. Uprzątnięto tu już chodniki dla pieszych, ale okna w budynkach były pozabijane deskami, na wyższych pietrach brak było szyb i wszędzie czuć było ostrą woń spalenizny i taki specyficzny słodki trupi odór z nieuprzątniętych jeszcze i rozkładających się ciał. Tam właśnie obserwowaliśmy makabryczną scenka. Jakaś grupa porządkowa – Niemcy z żółtymi opaskami na rękawach, na których widniały ułożone w trójkąt trzy czarne kółka, wyciągała coś przez wychodzące na ulicę okno piwniczne. Podłożyli deskę, naciągali sznur, jednak to coś co chcieli wydostać z tej piwnicznej czeluści stawiało opór. W końcu zaparli się mocno, ktoś podał komendę i coś trzasnęło. Niemcy z liną poprzewracali się ( jak ci co ciągnęli rzepę ) i oczom naszym ukazały się… rozkładające się zwłoki ludzkie, a raczej ich górna połowa. Zmykaliśmy szybko, bo odór gnijącego ciała był bardzo mocny i nieprzyjemny.

Spotkaliśmy też kolumnę żołnierzy niemieckich idących w kierunku Dworca Głównego. Byli to chyba rekonwalescenci ze szpitala, gdyż wielu miało obandażowane głowy, ręce a część chodziła o kulach. Opuszczali to miasto, które kazano im bronić, wywozili ich chyba za Odrę na wschód.

Taki spacer ulicami Wrocławia, w ciepły pogodny dzień, był dla nas meczący. Nie była to wycieczka całkiem bezowocna. Spotkaliśmy wielu podejrzanych typów. Nie wiedzieliśmy czy to Polacy, Niemcy czy ukrywający się Własowcy . Nie wyglądali na budowniczych nowego polskiego Wrocławia. Często słychać było pojedyncze strzały lub nawet strzelaninę. Rozbrajano miny i granaty, wysadzano niewybuchy. Żołnierze radzieccy, których było w mieście sporo, czuli się jak zdobywcy, którym należą się szczególne prawa. Wywozili ze sklepów, magazynów i piwnic co się dało, snuli się ulicami zatrzymywali przechodniów, szukali głównie wódki i zegarków.

Zjedliśmy jakiś posiłek w napotkanej stołówce dla Polaków, gdzie nikt nie pytał skąd jesteśmy i co zamierzamy robić, no i co najważniejsze nie żądał zapłaty.

Wrocław z tamtych lipcowych dni, przynajmniej te dzielnice, które udało nam się zwiedzić nie mógł się podobać. Robił wrażenie ciężko rannego molocha i w dodatku bardzo niebezpiecznego.

.

75 lat temu. Wielka ucieczka z Festung Breslau

75 rocznica kapitulacji stolicy III Rzeszy. W zdobytym Berlinie -wspomnienia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Inne z sekcji 

Życzenia dla Wioli czyli fiołka

. Wiosna,  tego roku, podobnie jak poprzedniego była wyjątkowo smutna, mało komu było w głowie myśleć o wiosennych kwiatach dla kogoś bliskiego. Z wiosną zawsze kojarzą się, wielu z nas, fioletowe niewielkie kwiaty – fiołki po łacinie violaceae, czyli viole. Uroda tych niewielkich ładnych i sympatycznych kwiatków, była już doceniana nawet w czasach starożytnych. W […]

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]