Historia

Tajemnica mistrza Gutenberga

.

W. Zambrzycki

.

( „Naokoło Świata” nr 55 listopad 1928 r. )

.

Powszechnie panuje przekonanie, że ojcem sztuki drukarskiej jest Johannes Gutenberg z Moguncji. Nie mniej jednak istnieje i inna, holenderska wersja, dotycząca autorstwa tego wynalazku, według niej pierwszym był pewien księgarz z miasta Haarlem Wawrzyniec ( Laurentius ) Coster. Cała historia, jak doszło do tego, że to Gutenberg uchodzi za wynalazcę druku, a nie Coster, jest niezwykle interesująca, warto więc się z nią zapoznać.

( Red. LDŚl. )

.

Wbrew historykom niemieckim, Holendrzy przypisują wynalazek druku Costerowi i, trzeba im przyznać, mają wiele danych po temu. Autor niniejszego szkicu przedstawia wersję holenderską pod postacią opowieści, opierając się na dokumentach, zakomunikowanych łaskawie przez burmistrza Haarlemu.

Dwudziestego trzeciego sierpnia 1438 roku miasto Haarlem przygotowało szereg świetnych uroczystości ku czci świętego Krzysztofa, albowiem był to dzień imienin znanego z cnót licznych burmistrza, pana Christophorusa van Kapeele.

Kto żyw, śpieszył do oberży. W owym dniu radosnym pili wszyscy: notable miasta, plebs marny, kupcy, ogrodnicy i tkacze z okolicznych warsztatów. Do szynków śpieszyła brać rybacka z nad rzeki Spaarne, śpieszyli liczni uczniowie szkół malarskich, zawsze spragnieni piwa, chętni do przyjęcia poczęstunku.

Pito dzielnie za zdrowie pana burmistrza. Raczono się w przerwach między uroczystościami. Byli i tacy, co woleli zrezygnować z widowisk, wyżej sobie ceniąc swawolną zabawę.

Tak świętowała Flandria, szczęśliwa Flandria u schyłku średniowiecza. Największym powodzeniem cieszyły się szlachetne piwa, przyrządzane bez chmielu i drożdży. Mętny i kwaskowaty Jack-Op z Lowanium, usuwający złe humory, dalej mocne piwo Faro z Gandawy, fermentujące w cieple tak sprężyście, iż częstokroć fiolki gliniane pękały z hałasem, lepką cieczą obryzgując ściany. Lud zadowalał się piwem „dziadowskim” z Kortrajku, tanim i, co najważniejsza, oszołamiającym szybciej od innych. W domach magnatów podawano podczas uczt wino. Gdy jednak goście dobrze sobie podpili, szczerość triumfowała, zapominano o etykiecie i na stół wjeżdżało ulubione Faro.

W dniu św. Krzysztofa postanowił również uraczyć się piwem Pieter Sluyt, uczeń Wawrzyńca Costera, właściciela jedynego w Haarlemie handlu książkami, które podówczas przepisywano jeszcze ręcznie. Stary księgarz, zwany popularnie Jans’zoon, ponieważ był synem Jana, utrzymywał w swej pracowni sześciu skrybów i czterech drzeworytników. Pożałowania godni ci ludzie od świtu do zmierzchu pisali za dyktandem, bądź ryli bukowe deski.

Sam mistrz prowadził tryb życia niezwykły. Sklepu i pomocników pilnowała mu córka imieniem Katie, on zaś sypiał do południa. Za to w nocy płonęła w jego pracowni jasna lampa oliwna o siedmiu knotach. Zdała od gwaru miejskiego stary dziwak mógł oddawać się tajemniczym praktykom, o których różnie mówiono.

.

Laurentius ( Wawrzyniec ) Coster

.

Ostatnią noc przed wielkim świętem Wawrzyniec Coster spędził jak zwykle przy warsztacie rytowniczym. Ze skrzyni, pełnej czworograniastych kawałków drzewa, wybierał okazy najdoskonalsze, bez skaz i pęknięć. Posiłkując się lupą i dłutem, rył na ściankach litery alfabetu. Znaki były wypukłe i tak odwrócone, iż można je było rozróżnić jedynie przy pomocy zwierciadła.

Żartowali z sędziwego mistrza uczniowie, nie śmiał się jeno Pieter Sluyt. Zbyt był ciekawy i pojętny. Zdobył nawet kilka owych słupków i ukrył je starannie pod spróchniałym progiem domostwa.

A więc, w dniu imienin pana van Kapeele, Sluyt zamierzał się upić. Piękne te projekty mogły spełznąć na niczym, ponieważ nie miał pieniędzy. A wszak człowiekowi, trudniącemu się przepisywaniem szpargałów, nikt nie da piwa na kredyt.

W ponurym nastroju ducha udał się Sluyt na Kerkenstraat, żywiąc nadzieję, iż może spotka tam hojnego kompana. Trzeba trafu,że o tej porze wyszedł na miasto słynny hulaka, pan rotmistrz Jeff van der Wecke, pozostający na dość skąpym żołdzie hrabiów Flandrii. I on czuł pragnienie, tęsknym okiem wypatrując takiego, który by chciał zań zapłacić.

Spotkali się przed gospodą „Aan de groote lantern”. Kto by nie umiał czytać, tego informowała wielka latarnia, kołysząca się nad wejściem.

Rotmistrz i gryzmoła stosowali w nagłych wypadkach jednakową taktykę. Niemal więc jednocześnie przybrali radosny wyraz twarzy, rozwarli ramiona i wyściskali się serdecznie. Po takim powitaniu nie pozostawało nic innego, jak wstąpić do oberży,

mrugnąć na dziewkę i zamówić ucztę. To też obaj starali się być jak najuprzejmiejsi, by zachęcić partnera do rozrzutności. Gospodarz, widząc odświętnie wystrojonych gości, nie szczędził wysiłków i osobiście usługiwał im do stołu.

Na lnianej serwecie stanęły wyśmienite małże w sosie pietruszkowym, ostrygi z ujścia Skaldy, słynna kiełbasa z Anderlechtu, ryba „but” z Zeelandii faszerowana krewetami, wreszcie gęś, a do niej jabłka, smażone w trzech odmianach tłuszczu. Z pośród napojów zamówił rotmistrz drogie wino cypryjskie, od którego nawet na policzkach starców wykwitają rumieńce, kazał podać Schiedam, pędzony przez węglarzy z jagód jałowca, brabanckie piwo Lambic i wreszcie posłał po muzykanta.

Osobliwy był to grajek. Ślepy od urodzenia, mimo to umiejętnie wtórował pijakom do śpiewu. Grał na instrumencie, zwanym „rummel-pot”, który składał się z glinianego garnka, pęcherza i struny.

Wieczerza przeciągnęła się do północy. Swawolny wojak oblał jedną z dziewczyn winem, wyściskał Sluyta i wyszedł.

W oberży pozostał biedny skryba. Tak był przerażony, iż słowa nie mógł wykrztusić na swe usprawiedliwienie. A kiedy oberżysta podsunął mu pod oczy tabliczkę z mnóstwem kresek, młodzieniec wsunął do kieszeni dłonie i wyjął je po chwili wraz z podszewką, co miało oznaczać cichą rezygnację.

Właściciel gospody uniósł się gniewem.

– Trzymajcie go! – wrzasnął do dziewek i własnoręcznie zaczął zdejmować z gościa garderobę. Wyłuskał go ze spodni, zabrał haftowaną bluzę i ściągnął z nóg nowiuteńkie buty amsterdamskie.

– Słuchaj, ty ścierko do wycierania podłogi, daję ci dwie zdrowaśki czasu. Umykaj, bo za chwilę spuszczę z łańcucha kundle.

Z tymi słowy wypchnął go za drzwi.

Pieter Sluyt, przybrany w kusawą koszulkę, pocwałował ku siedzibie księgarza. Zdążył zaledwie dobiec do rynku, gdy rozległo się wściekłe ujadanie. Psy biegły po tropie.

Nieborak do reszty stracił głowę. Mijając kościół św. Bawona, rzucił się w boczną uliczkę, a ujrzawszy otwarte okno na parterze – podskoczył, oburącz chwycił się framugi i dał nurka w ciemną otchłań.

Rozległ się przeraźliwy krzyk. Pokój, do którego skryba zawitał o północy, był alkową małżeńską pana Rogera van Ninowe, pierwszego budowniczego miasta. Z okazji balu u burmistrza, architekt bawił poza domem, natomiast pani spoczywała w łożu pod firankami. Krzyki przerażonej kobiety zwabiły służbę. W mgnieniu oka skrępowano Sluyta postronkami. Jeden z parobków pobiegł do ratusza, by zawiadomić pana o napadzie.

Architekt chciał początkowo uśmiercić Intruza, ale na prośbę żony, która brzydziła się krwi przelewu, oddał go w ręce władz.

Podłego pisarczyka skazano na banicję. Wyemigrował do Moguncji, gdzie rychło znalazł służbę u Henne Gensleischa von Sulgeloch, zwanego Gutenbergiem, U chodząc z Haarlemu, zdołał jednak unieść kilka słupków z wypukłymi znakami, owoc tajemnych praktyk Wawrzyńca Costera.

Pieter Sluyt zaznajomił nowego chlebodawcę ze sztuką rycia pojedynczych liter.

.

W drukarni.

.

Niebawem zbudowano prasę drukarską, na której odbito 42-wierszową biblię. Do spółki przystąpili wkrótce: bogaty złotnik Fust i mieszczanin Schoeffer. Dzięki ich kapitałom powstała pierwsza tłocznia na świecie.

.

Haarlem- pomnik Laurentiusa Costera.

.

Dowiedziawszy się o wykradzeniu tajemnicy, stary Wawrzyniec rozchorował się ciężko i zmarł z wielkiej żałości. Mieszkańcy Haarlemu nie zapomnieli jednak o nim. Dziś jeszcze, w sali ratuszowej tego miasta, można oglądać sczerniały portret mistrza, trzymającego czcionkę „A” w palcach prawej dłoni. U spodu widnieje napis: „Laurens Jans’zoon, schepen der Stad Haarlem, uitvinder der edele boek-druk- konst”

Inne z sekcji 

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

 . Grzegorz Wojciechowski .         Pewnej hrabinie z Borowa dedykuję tą opowieść.   .         Niedaleko Karpacza, na przedmieściu Kowar, leży  wioska Bukowiec, znana głównie ze szpitala, gdzie składa się połamane kończyny miłośnikom białego szaleństwa. W wiosce mieści się niewielki pałacyk z dużym dobrze urządzonym ogrodem. Ta niepozorna budowla miała bardzo duże znaczenie […]