Artykuły

O narodowych komunistach

.

Jacek Kuroń

.

Bardzo wielu ludziom zdawało się, że ocalić naród można tylko za cenę podporządkowania się. Środowiska intelektualne opanowane były strachem przed eksplozją, przed buntowniczością Polaków, przed radykalizmem młodzieży. Z tego zrodziło się przeświadczenie, że trzeba zmienić narodowy charakter Polaków, że trzeba pracować, a nie wciąż robić jakieś powstania. W środowiskach intelektualnych snuł się nurt rozliczenia romantyzmu, krytyki tradycji romantycznych, nurt prześmiewców i oszczerców, jak później powiedziano. Każdemu narodowi jest coś takiego potrzebne, bo trzeba swą historię rewidować i odbrązawiać. Ale po długim okresie deptania dumy narodowej, gdy miała ona jakie takie szansę wyrazić się w symbolach, wtedy właśnie zaczęli odprawiać swoją czarną mszę różni wybitni zresztą intelektualiści i publicyści. W tym nurcie odbrązawiania, krytyki tradycji spotkały się ze sobą dwie różne tendencje. Jedna z nich związana była z duchowością prawicy, która swoje miejsce w gomułkowskiej Polsce Ludowej znajdowała nawiązując do tradycji Wielopolskiego, Dmowskiego w rosyjskiej Dumie, do tradycji ugody. Drugą tendencję tworzyli ludzie lewicy październikowej, którzy postanowili uznać realia, socjalizm realny i tylko w miarę możliwości go ulepszać. Podejmując taką decyzję musieli zaprzeć się siebie, bo nie sposób pozostać lewicą i jednocześnie akceptować zły socjalizm – cała postawa lewicy wyrasta przecież z wiary w możliwość zbudowania Królestwa Bożego na ziemi, i to na całej ziemi. Jeśli więc odrzuca się tę wiarę w imię realizmu, to co pozostaje z lewicowości? Myślę więc, że oni atakując tak drogie duchowości lewicy tradycje romantyczno-insurekcyjne, rozliczali się przede wszystkim ze swoimi własnymi marzeniami, ze swoją górną i chmurną młodością. Na wątek autokrytyczny nakładały się silne wśród lewicy obawy przed nacjonalizmem Polaków, przed szkaplerzykowatym patriotyzmem – a taki jest charakterystyczny dla wszelkiego rodzaju symbolicznej działalności patriotycznej. Przeciw temu bezkrytycznemu kultowi polskości występowali więc zarówno ludzie z lewicy w obawie przed nacjonalizmem, jak i ludzie związani z duchowością prawicową, ze względu na to, że to niebezpieczne dla koncepcji ugody i w ogóle wychowawczo dla narodu groźne.

Wolność potrzebna jest też po to, by świętować tradycyjne rocznice, czcić pamięć poległych i po to, by dokonywać gorzkiego rozrachunku z przeszłością. Zarówno świętowanie powstańczej tradycji i kult bohaterów, jak ataki na bohaterszczyznę uważam za zdrowe, zrozumiałe i społeczeństwu potrzebne. Kiedy więc przyszło trochę wolności, jedno i drugie wybuchło jednoczę śnie. Tyle tylko, że to pierwsze dominowało wśród narodu, a to drugie wśród intelektualistów. Co za tym idzie w publicystyce, książkach, teatrach, filmie, królowała krytyka bohaterszczyzny. Natomiast apologia insurekcyjnej przeszłości nie była w poważny sposób artykułowana. Nie dochodziło więc do poważnej dyskusji między stronami. Zderzenie przeciwstawnych tendencji przybierało formy karykaturalne.

Spotkałem kiedyś na ulicy dwóch chłopców od Przemka Górnego, narodowców, którzy powiedzieli mi, że właśnie pod kierunkiem redaktora Moczulskiego ze „Stolicy” organizują akcję rzucania jajkami na przedstawieniu „Śmierć porucznika” Mrożka w teatrze Dramatycznym. „Śmierć porucznika” to oczywiście sztuka prześmiewcza – o Ordonie, którego uśmiercił Mickiewicz w swoim wierszu, a który wbrew temu żył. Narodowcy latali rzucać jajkami, a organizował to wszystko tygodnik „Stolica”, który wcześniej rozpoczął „walkę o honor narodowy” przeciw prześmiewcom i szydercom. Naczelnym „Stolicy” był Leszek Wysznacki, który jeszcze niedawno był instruktorem Komitetu Centralnego partii, można więc wnosić, że w tym okresie już pojawia się nacjonalistyczny nurt w aparacie. Ale jeśli chodzi o redaktorów tej gazety, to naprawdę wielu z nich występowało w obronie historii narodowej po prostu z najgłębszych, ideowych przekonań, choć później w 1968 roku odegrali bardzo niechlubną rolę. Był tam na przykład redaktor Kur, który prowadził ze mną jeszcze w 50-ych latach ćwiczenia z prasoznawstwa, następnie uprawiał tę patriotyczną publicystykę, a w 1968 roku zasłynął jako czołowy wróg syjonizmu i rewizjonizmu. To on rzucał najstraszniejsze kalumnie, brednie, na młodzież marcową, na komandosów, no i oczywiście na mnie. Ukuto wtedy takie powiedzenie w Warszawie: „Kur wie lepiej”.

W ten ferment wkroczył pułkownik Załuski inicjując zupełnie nowy typ -mieszankę komunisty, żołnierza, patrioty. Dwie pierwsze książki „Siedem polskich grzechów głównych” i „Przepustka do historii” narobiły największego szumu, spotkały się ze znakomitym przyjęciem czytelników. Można powiedzieć, że walczył na dwa fronty. Z jednej strony krzyczał gromko przeciw oszczercom i prześmiewcom: wara od patriotycznej ofiarności, od bohaterstwa polskiego żołnierza, to kapitał moralny, który gromadzimy od bez mała 200 lat, kapitał, z którego przyszłe pokolenia czerpać będą siły duchowe. Żołnierz ma wykonywać rozkazy i walczyć, polski żołnierz ten obowiązek patriotyczny zawsze pełnił w możliwie najlepszy sposób. I tu bronił szwoleżerów w wąwozie Samosierra i obalał mit, że ułani we Wrześniu atakowali lancami czołgi. A właśnie te dwa symbole odgrywały szczególną rolę w tej kampanii odbrązawiania narodowej historii. Czasem też bronił w odległej przeszłości polskiej myśli strategicznej, ale już rzadziej, bez specjalnego zaangażowania. I ten pierwszy kierunek uderzenia został bardzo dokładnie i wyraźnie zrozumiany.

Drugi był dużo spokojniej sformułowany, wyważony, ale oczywiście ważniejszy. W jednej ze swoich książek Załuski pisał:

„Jednakże wydarzenia ostatnich dziesięcioleci pozwalają nam rozpocząć gromadzenie również innych wartości. Takich jak na przykład wiara w siebie, wiara nie tylko w narodową umiejętność walczenia, ale i umiejętność zwyciężania.”

W ostatnich dziesięcioleciach – powiada – bo właściwie dopiero komuniści, wybierając słuszną drogę po stronie Związku Radzieckiego, zdobyli umiejętność zwyciężania. Głównym celem ataku nie były oczywiście czasy odległe, tylko Wojsko Polskie na Zachodzie, polityka dowództwa Armii Krajowej. Tak mniej więcej wyglądała linia Załuskiego, przy czym – jak mówię – wyraźnie usłyszany został ten pierwszy człon: obrona godności polskiego żołnierza. Czy Załuski miał swój osobisty, żołnierski i komunistyczny światopogląd i tu go właśnie wykładał, czy też świadomie formułował ideologię aparatu? Są dane przemawiające za jednym i za drugim, trzeba by było zajrzeć w jego duszę, a to możemy sobie darować. Prawdą jest, że dostarczył ideologii aparatowi i był pierwszym taranem przebijającym drogę w tę stronę i że w tym samym kierunku dążył tygodnik „Stolica”, a później wielu innych.

W tym miejscu trzeba przypomnieć taki oto fakt. Ludzie związani w czasie okupacji z Polską Partią Robotniczą, a jeszcze bardziej z Armią Ludową i z bojowymi organizacjami Związku Walki Młodych na początku Polski Ludowej zajęli rozliczne stanowiska, ważne stanowiska, natomiast wraz z upadkiem Gomułki i aresztowaniem całego jego ugrupowania padł na nich wszystkich cień podejrzenia. Wielu z nich poszło do więzień, ci, którzy w więzieniach nie byli, wegetowali gdzieś, często wyrzuceni z partii, a nawet jeśli nie, to i tak o żadnych stanowiskach nie mogli marzyć. W 1961 roku, w Szkole Oficerskiej Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, gdzie byłem na trzymiesięcznych ćwiczeniach, był z nami taki jeden kapral. Nazwijmy go Feluś, bo taki był jego pseudonim okupacyjny w jakimś oddziale Armii Ludowej. Po wojnie brał udział w walkach z tak zwanym reakcyjnym podziemiem, potem pracował jako magazynier w składzie złomu. I teraz oto jego koledzy, zaczynając dygnitarskie kariery, wysłali go na trzymiesięczny kurs oficerski, żeby mógł zająć jakieś stanowisko. Rzeczywiście został dowódcą dzielnicowej Ligi Obrony Kraju, potem stołecznej, w końcu był wyższym oficerem w MON-ie. Otóż z Felusiem zakumplowałem się, bo miał on duszę absolutnie anarchistyczną i był mi bliski. Chodziliśmy zawsze razem na końcu, nigdy nie przyspieszaliśmy kroku, a krzyczącym na nas oficerom i podoficerom tłumaczyliśmy, że obaj jesteśmy chorzy na serce. Feluś karabin nosił lufą do dołu, nie golił się, zadzierał ze wszystkimi. Kiedyś pamiętam, sierżant – taki brzuchaty podoficer zawodowy – zwrócił mu uwagę, że tak się karabinu nie nosi. Feluś odpowiedział:

— Sierżancie, ja nosiłem tak karabin, kiedy dla was walczyłem o Polskę Ludową, na której wam kałdun rośnie.

Feluś żywiołowo nienawidził Żydów, bo według niego byli winni całej jego krzywdzie. To Żydzi posadzili Spychalskiego, Gomułkę i innych jego towarzyszy, widział Żydów w aparacie bezpieczeństwa, widział Żydów wszędzie. W podziemiu, w Armii Ludowej ich nie było, przyjechali w sowieckich taborach i zajęli wszystkie stanowiska – po raz pierwszy usłyszałem to od niego, a później mówił to Moczar. Do Rosjan nie miał sentymentu, ale nie narzekał. Trzeba sobie uświadomić, że opowiedział się w czasie okupacji po sowieckiej stronie i za to wtedy cierpiał, będąc samotny, wyizolowany. Na tę orientację liczył, ta orientacja przyniosła mu zwycięstwo i miała teraz przynieść mu przywileje. Rozumiał, że jego znaczenie wiąże się z tym, że społeczeństwo polskie jest w obozie sowieckim.

Dzieciństwo i młodość Feluś spędził w organizacjach zmilitaryzowanych i one ukształtowały jego poglądy na ład społeczny. Ma być dyscyplina – jedni mają rozkazywać, inni słuchać. I jeśli rozkazy będą sensowne, a ci, co wykonują, będą słuchać i nie zadawać zbędnych pytań, to wszystko będzie jak trzeba. Sprawiedliwość zaś jest wtedy, gdy człowiek za swoją robotę otrzyma to, co mu się należy. Mówił zwykle:

— Ja jestem za socjalizmem, ale za socjalizmem schabowego z setką wódki.

Mówię o Felusiu, bo przecież właśnie ludzie z jego filozofią stworzyli to ugrupowanie w aparacie, które nazwano partyzantami, i któremu ideologii dostarczył Zbigniew Załuski. Być może przywódcy tego obozu, bezspornie znacznie inteligentniejsi niż Feluś, przyjęli swoją koncepcję z wyrachowania, ale nie sposób zaprzeczyć, że była ona głęboko w nich samych zakorzeniona. W 1956 roku ludzie związani z PPR i Armią Ludową, dotąd odsunięci, wrócili do aparatu, ale tylko nieliczni na sam szczyt – Kliszko, Spychalski, Strzelecki, Loga-Sowiński. Moczar został wiceministrem spraw wewnętrznych. Zaraz po wojnie był szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, a potem przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie. Ten jego patriotyzm, z którym zaczai się teraz obnosić, był o tyle wątpliwej próby, że kiedy w czasie rozgramiania gomułkowszczyzny kazano mu złożyć samokrytykę, to napisał tekst, znaleziony później w Zakładzie Historii Partii, że ojczyzna i patriotyzm to hasła dla mas, a dla nas, komunistów, jedyną ojczyzną jest Związek Radziecki, którego granice są dziś na Łabie, a jutro będą może za Paryżem. Dla Moczara, który sięgał bardzo wysoko, stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych to było mało, ale inni byli jeszcze o wiele niżej. Wciąż mieli nad sobą tych, którzy wyszli z Komunistycznego Związku Młodzieży, z KPP, no i oczywiście tych, którzy przyszli spod Lenino. Wszystko się ustabilizowało, piramida władzy spuchła, więc dla partyzantów niezbędny był program, który mógłby im pomóc przesunąć się w górę, do szczytów. I tu program antysemityzmu, obniżający znaczenie ludzi, którzy przybyli ze Związku Radzieckiego, jako tych przywiezionych w sowieckich taborach, był im niesłychanie potrzebny i wygodny – niezależnie od ich osobistych postaw. Zresztą partyzantów było mało, natomiast na stanowiska na niższych szczeblach tej piramidy czekały całe rzesze – młodych przybywało, a droga w górę w związku z ustabilizowaniem się sytuacji została kompletnie zaszpuntowana. Aparat oczekiwał takiego programu, który mu właśnie podarowali partyzanci.

Cała ta sprawa jest jednak o wiele głębsza. Skończył się czas burzy i naporu, totalitaryzmu w obozie sowieckim, ideologia stała się już tylko dekoracją, przestała mobilizować i scalać. Zrozumiałe, że w aparacie istniało silne pragnienie takiej ideologii, która mogłaby zdobyć poparcie społeczne, ożywić totalitaryzm, znowu wprowadzić go w okres burzy i naporu. Idea wojskowego patriotyzmu znakomicie się do tego nadawała – patriotyzm, który odpowiada na zapotrzebowanie narodu, by czcić pamięć żołnierza, jego wysiłek, ofiarę, krew i który tym samym atakuje prześmiewców, a więc w ogóle intelektualistów z natury rzeczy, to znaczy z tytułu swojej roli społecznej, przeciwników wszelkiego totalitaryzmu. Ogół odczuwał wprost niesamowity bałagan socjalizmu realnego – należało obiecać, że zrobi się porządek po polsku, co miało oznaczać: po wojskowemu wykonywać rozkazy, żadnych dyskusji, surowo karać wszelkie przestępstwa. Ogromną rzeszę gorzej zarabiających kłuła w oczy ujawniająca się zamożność grup uprzywilejowanych. Wystarczyło kierować tę złość przeciw intelektualistom, artystom, prywatnej inicjatywie. Ten egalitarny frazes znajdował posłuch wśród ludu, podobnie jak obietnica ładu opartego na zasadzie posłuszeństwa i represji wobec naruszających porządek.

Patriotyzm wojskowy wymaga wroga i to wroga narodowego, oznacza przecież program skupiania się wszystkich Polaków do walki z kimś, kto Polakiem nie jest. Wrogiem narodowym w sytuacji Polski powojennej był Związek Radziecki i Rosjanie. Mówiono nam to wprost, strasząc czołgami sowieckimi przy każdej możliwej okazji. Ale żadna frakcja w aparacie nie mogła sobie pozwolić na to, by ogłosić Rosjan wrogami. Rolę wroga miał więc spełniać Żyd. Antysemityzm znakomicie nadaje się na ideologię dla aparatu, wyrasta jakby z jego ducha. Czy mógł zapewnić partyzantom poparcie przynajmniej części społeczeństwa polskiego? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, warto jednak pamiętać, że hitlerowcy w Niemczech, gdzie antysemityzmu nie było prawie w ogóle, użyli Żydów i to chwyciło, bo typ więzi oparty na wspólnym obiekcie nienawiści jest niesłychanie prosty i łatwy. I wreszcie, im trudniej żyje się ludziom, tym bardziej taki wspólny obiekt nienawiści jest im potrzebny. Komuniści mieli szansę, aby przy pomocy skrótowo tu naszkicowanej ideologii zyskać poparcie społeczne, chociaż wątpię, czy na dłuższą metę. Wystartowali ze swego punktu widzenia znakomicie i skłonny jestem sądzić, że gdyby nie napotkali ostrego oporu ruchu społecznego, o którym tu będę mówił, to osiągnęliby spore sukcesy i nim zostaliby zdemaskowani, strasznie zatruliby naród.

Frakcja partyzantów w 1963 roku skupiała -jak się wydaje -już olbrzymią większość młodego aparatu, szczególnie postzetempowskiego, który nie widział dla siebie żadnych szans, bo drogę skutecznie blokowali im chłopcy spod Lenino. Za wodza tej grupy powszechnie uważano Mieczysława Moczara, który ministrem został w 1964 r., ale o polityce kadrowej MSW musiał decydować wcześniej, ponieważ podstawową siłą tej frakcji już w tym czasie była Służba Bezpieczeństwa. Nazywano ich „ułani rakowieccy”, bo ministerstwo mieści się na ulicy Rakowieckiej. I właśnie partyzanci przechwycili Załuskiego, chociaż był on żołnierzem I Armii i musiała w nim budzić nieufność ich niechęć do formacji ze Związku Radzieckiego.

Jacek Kuroń, Wiara i wina, Warszawa 1990, s. 174-178.

 

Inne z sekcji 

XX Edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „NOWE HORYZONTY”

. Jan Chudy . Dzięki decyzji wybitnego animatora i menagera Romana Gutka od 2006 roku Wrocławianie i Dolnoślązacy zyskali szansę obcowania z najlepszym światowym kinem . Przy czym nie tylko w ramach i w czasie największego festiwalu filmowego w Polsce – MFF Nowe Horyzonty czy innych przez niego firmowanych festiwali i przeglądów , akademii edukacyjnych […]

Jana Zacharskiego najświeższe fraszki i wiersze- „NACZELNIK”

. NACZELNIK .   Hasło mi mówi, że wyłącznie lepsi Z lubością piją popularną pepsi. Ma pan Kaczyński otwarty rachunek, On szczególnie zasłużył na powyższy trunek, On swoich ludzi ochrzani, opieprzy, Bo on jest lepszy, a nawet najlepszy, On rządzi krajem, on krajem trzęsie, Odebrał dwa Noble-Tokarczuk, Wałęsie, On o wszystko zadba, spokojna głowa, A […]