Artykuły

Lawina w Białym Jarze – 20 marca 1968 roku

.

Grzegorz Wojciechowski

.

Biały Jar, to jedno z najbardziej znanych miejsc w Karpaczu, to właśnie tutaj usytuowany jest jeden z głównych przystanków autobusowych i to właśnie z tego miejsca droga się rozgałęzia i jedna z jej odnóg prowadzi do wyciągu krzesełkowego na Małą Kopę, skąd można udać się na Śnieżkę; z tego też miejsca bierze początek wiele szlaków turystycznych. Jeden z nich jest szczególnie niebezpieczny zimą, dlatego też oznaczony jest czarnym kolorem, wiedzie on Białym Jarem do polany na Złotówce i do schroniska „Strzecha Akademicka”. Właśnie w tym miejscu pięćdziesiąt lat temu doszło do największej tragedii jaka się wydarzyła w polskich górach.

Od 13 marca 1968 roku w Karkonoszach wystąpiły niezwykle obfite opady śniegu, w Białym Jarze zalegało go bardzo dużo. Topniejący śnieg był bardzo ciężki, zawierał dużo wody, która jednocześnie spływając w dół ku podłożu powodowała, że nie trzymał się on gleby, nie przylegał do niej, grożąc w każdej chwili, że oderwie się od podłoża i osunie w dół tworząc lawinę.

20 marca 1968 roku w Karpaczu od rana świeciło słońce, zapowiadał się piękny, chociaż mocno wietrzny dzień; Karkonosze pokryte były grubą warstwą świeżego białego śniegu. Zaraz po śniadaniu z Domu Zagranicznej Turystyki Młodzieżowej  wyruszyła grupa młodych nauczycieli z Kujbyszewa. Skierowali się w stronę wyciągu krzesełkowego na Małą Kopę, celem i wycieczki, a właściwie spaceru miała być przejażdżka wyciągiem. Po dojściu do dolnej stacji okazało się, że wjazd na górę nie jest możliwy z powodu zbyt silnego wiatru; wyciąg unieruchomiono. Coś trzeba było zrobić z wolnym czasem, do obiadu pozostało jeszcze parę godzin. Po krótkiej naradzie postanowiono, że wszyscy udadzą się na spacer drogą, która biegnie lasem w górę, a następnie zejdą z powrotem tą samą trasą.

Decyzja ta nie była zbyt rozsądna, większość pań biorących udział w tej wycieczce  nie miała odpowiedniego obuwia do chodzenia po śniegu, niektóre miały lekkie pantofle na wysokim obcasie, dodatkowo grupa nie miała przewodnika górskiego, a jedynie pilota, Polaka z Warszawy, który nie posiadał  odpowiedniej wiedzy i doświadczenia do prowadzenia grup w takich warunkach.

Po drodze do grupy Rosjan dołączyło kilku turystów z NRD oraz jeden polski wczasowicz z Warszawy. Szli drogą wiodącą pod górę w kierunku „Złotówki”. Droga, którą szli jest trudnym szlakiem turystycznym oznaczona czarnym kolorem, co ma świadczyć o skali jego trudności. Szlak ten prowadzi zboczem Białego Jaru. Około 200 metrów niżej płynie jego dnem „Złoty Potok”, w pewnym miejscu droga i potok zbliżają się do siebie i na pewnym odcinku biegną równolegle do siebie. Jest to miejsce szczególnie niebezpieczne zimą, bowiem gromadzą się tam olbrzymie masy śniegu i lodu zwisając z góry.

Grupa licząca 24 osoby całkowicie beztrosko, nie będąc świadoma zagrożenia doszła do miejsca, gdzie bardzo często te wiszące masy śniegu i lodu odrywają się od podłoża tworząc niebezpieczne lawiny.

Nagle z góry, w ciągu kilkunastu sekund, ruszyły w dół na znajdujących się tam ludzi olbrzymie masy śniegu.

Większość osób maszerowała  środkiem białej śnieżnej rynny, kilkoro turystów znajdowało się nieco dalej bliżej brzegu jaru. W pewnym momencie jeden z Niemców zauważył gigantyczną masę śniegu, która osunęła się ze zboczy i z ogromnym hukiem ruszyła w kierunku nieświadomych niebezpieczeństwa ludzi, ale nikt tego krzyku już nie usłyszał, cały Biały Jar w jednej chwili wypełnił się zwałami śmiercionośnego białego puchu.

Zdarzenie to wspominał jeden z nielicznych ocalałych turystów Władimir Fadiejew:

  Rozmawialiśmy wszyscy wesoło i dość głośno, bo porwisty wiatr dmuchał z dużą siłą prosto w twarze.(…)  W pewnym momencie odszedłem kilka kroków na bok. Podchodziliśmy już pod górną część jaru. Było chyba kilka minut po jedenastej. Gdyby koło nas było strome zbocze być może zadziałałby nakaz ostrzegawczy. To była jednak droga, leśna, zwykła, pnąca się niezbyt stromo pod górę.

   Jak ruszyła lawina? Kiedy? W jaki sposób? Na te pytania nie odpowiem nigdy. Odnoszę wrażenie, że lawina zaczęła nagle płynąć ze wszystkich stron. To znaczy z tych kierunków, z których mogła. W stadium, w jakim osiągnęła nas, trudno było powiedzieć o czymś groźnym, zbliżającym się. To było tak jakby nagle wszystko popłynęło równocześnie. (…)

      Potem działy się rzeczy straszne. Mnie wyrzuciło w powietrze. Pewnie dlatego, że stałem z boku i zostałem zahaczony przez jakieś „skrzydło”. Leciałem też dłuższy czas, a potem uderzyło mną o sunące zbocze śnieżne. Koziołkowałem w niesamowity sposób. Zaczepiałem o wleczone i opierające się lawinie drzewa. Raniły mnie. Chyba dwa razy byłem wyrzucony do góry i dwa razy dostawałem się w piekielny młyn. Wreszcie nakryła mnie niegruba warstwa duszącego śniegu. Gdy oprzytomniałem mogłem oddychać.

    Czułem, że mnie coś okropnie boli, ale to wydawało się drobiazgiem w porównaniu z przerażającą cisza i pustką. Gdzie reszta? Czy wszyscy uratowani, a ja jestem jedna z nielicznych ofiar, czy też oni są… pod śniegiem. Wołałem. Nadaremnie. Było głucho i cicho.

     Potem znalazłem jakiś but ( swoich już nie miałem ). Włożyłem go na lewą nogę, a bolącą obwiązałem szalikiem. Tak mnie znaleźli. Posadzili na sankach i zawieźli w dół. Wołałem, żeby ratowali resztę. Widziałem biegnących w kierunku miejsca katastrofy. Potem były już tylko sanitarki, szpitale i gips. Nowiny Jeleniogórskie nr 15 – 16 z 11 kwietnia 1968 r. )

   Prędkość z jaką zeszła lawina obliczono na około 100 km/godz. Dystans dwóch kilometrów przebyła w czasie zaledwie jednej minuty.

Spośród 24-osobowej grupy uratowało się zaledwie pięć osób. Pod zwałami śniegu zginęło 13 Rosjan, 4 Niemców z NRD i dwóch Polaków, w tym pilot wycieczki.

Zaraz  po katastrofie ze wszystkich stron ruszono na pomoc, przybyli ratownicy GOPR, żołnierze WOP, czeska „Horska Slużba”. Z Jeleniej Góry przyjechały oddziały milicji ściągane szybko z całego regionu. Na pomoc ruszyli podchorążowie z Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej, jednostka wojskowa z Jeleniej Góry, oddziały Obrony Terytorialnej, jednostki Straży Przeciwpożarowej, robotnicy Karpacza i okolic.

Nad ogromnym usypiskiem śniegu zbierało się mrowie ciężko pracujących ludzi. 110 osób e ciągu zaledwie 72 godzin wykopało około 700 korytarzy, których głębokość przekraczała niekiedy kilka metrów; czoło lawiny spiętrzyło się bowiem w wysoką górę śniegu, jej wysokość przekraczała na czole nawet 15 metrów, długość zaś prawie kilometr.

Niektóre ofiary tej tragedii odnaleziono dopiero po kilku dniach.

Kilka lat później na miejscu, gdzie doszło do tej śnieżnej katastrofy postawiono pomnik upamiętniający tamto tragiczne zdarzenie i jego ofiary. Nie stał on jednak zbyt długo, bowiem już 19 grudnia 1974 roku, w miejscu tym zeszła kolejna wielka lawina, jej długość wynosiła podobnie około 1000 metrów a szerokość czoła 30 m. na szczęście tym razem nikt nie stracił życia. Jedyną ofiarę stał się pomnik ofiar z 1968 roku, który został dosłownie zmieciony przez olbrzymie masy śniegu.

16.05.2020.

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

 

 

 

Inne z sekcji 

Wiersze Jana Zacharskiego; „Obywatel”

. Jan Zacharski . Obywatel . Powstanie tego wiersza jest konkretnym celem, Z wybitnym chcę zapoznać was obywatelem, Jest jednak okoliczność nie bardzo szczęśliwa, Że wielu obatelem często go nazywa. On się żwawo porusza w polszczyzny obrębie, Należy jednak uznać, że ma kluski w gębie, I każdy obserwator bez namysłu przyzna, Że piętą Achillesa jest […]

Warszawa w ogniu powstania ( cz. 1 )

. Zygmunt Zaremba . Czy pamięta ktoś dziś we Francji, że dwa lata temu dnia 24 sierpnia Warszawa powstańcza po zrzuceniu okupacji słała pozdrowienia wyzwolonemu właśnie Paryżowi? Mamy ten tekst przed sobą: „Powstańcza Warszawa do wyzwolonego Paryża. Jesteśmy dumni, że nasi lotnicy i żołnierze z polskiej dywizji pancernej biorą udział w bitwie, która doprowadziła do tego zwycięstwa. Wyzwolenie […]