Artykuły

Karkonoska podróż amerykańskiego prezydenta

.

Grzegorz  Wojciechowski

.

Wśród wielu ważnych osób, które w celach turystycznych odwiedziły przed laty Karkonosze, znajduje się również amerykański prezydent John. Quincy Adams ( 1767 – 1848 ), który przybył tam w roku 1800, w czasie swojej podróży po Dolnym Śląsku.

W owym czasie był  w służbie dyplomatycznej Stanów Zjednoczonych Ameryki, pełniąc w latach 1797-1801 funkcję ambasadora tego kraju w stolicy Prus Berlinie. W dziejach swojego kraju zapisał się jako szósty z kolei prezydent, pełniąc ten urząd w latach 1825-1829.

Ze swojej podróży po Karkonoszach zostawił dość bogatą korespondencję pełną wrażeń, pisząc listy, o tym co zobaczył, do swojego brata w Ameryce, W śląskiej wycieczce towarzyszyła mu jego żona Louise Catherine z domu Johanson, z którą ożenił się w Londynie w roku 1797.

Ten żądny wiedzy o Śląsku, interesujący się wszystkim co nowe i ciekawe, 33 letni człowiek wyruszył z Berlina 20 lipca 1800 roku. Tydzień później dotarł do Jeleniej Góry, zwiedzając wcześniej Ziemię Lubuską.

Położenie miasta nad Bobrem zachwyciło go : Nic nie może być piękniejszego nad położenie samej Jeleniej Góry: pięknie zbudowane miasto z wieloma okazałymi budynkami w dolinie, otoczone wzgórzami ze wszech stron, ze wspaniałym widokiem na Karkonosze.

.

John Quincy Adams.

.

Widząc, że w mieście na targu handluje się płótnem, a na okolicznych wzgórzach widać rozłożone bielący się materiał, Adams zapragnął zwiedzić tamtejsze manufaktury zajmujące się tkactwem, dowiedział się jednak, że w pobliżu nie ma takich zakładów, a tkaniem płótna zajmują się miejscowi chłopi, i że w prawie każdej chacie, w pobliskich, rozrzuconych wśród gór wioskach, znajduje się warsztat tkacki.

Z rozmów z miejscowymi Ślązakami wynikało, że miejscowe wyroby są wysyłane nie tylko do Berlina, Wrocławia, Szczecina czy też Hamburga, ale też do Stanów Zjednoczonych. Jeleniogórzanie skarżyli się jednak, że tutejsze płótno mogliby Amerykanie nabywać znacznie taniej niż wyroby z Irlandii, istniał jednak problem z kredytem, którego nie byli wstanie rozwiązać.

W  Jeleniej Górze odwiedził też miejscowy teatr, gdzie była wystawiana opera Rübezahl ( Liczyrzepa ), interesując się postacią jej tytułowego bohatera i dowiedzieć się jak najwięcej o tym karkonoskim psotnym i kapryśnym duchu.

Małżeństwo zwiedziło też okolice miasta udając się do Cieplic.  Adams dał się poznać jako człowiek o dobrym rozeznaniu w tym, co dzisiaj nazywamy biznesem, niewątpliwie posiadał dużą wiedzę szczegółową w tych sprawach. W Cieplicach bowiem oprócz zwiedzania samej części uzdrowiskowej, zainteresowały go i inne rzeczy, jak chociażby warsztaty szlifierzy szkła. Szkło jest pod każdym względem gorsze od czeskiego choć droższe. Oczywiście nie można go porównać z angielskim, które jest jeszcze wyższej jakości od czeskiego. Rżniecie, choć względnie dobre, jest także gorsze od angielskiego; to jedyny naród, który doprowadził tę sztukę do perfekcji. Mimo to rytownicy nie omieszkali skrytykować mój sygnet z Londynu (…) Przeciętność nie może znieść talentu.

Kontynuując swoje zainteresowanie śląskim szklarstwem udał się na wycieczkę do okolicznych hut szkła, skąd jak pisze: wyruszyliśmy ze Szklarskiej Poręby między piątą a szóstą rano, 31 [ sierpnia ] i jechaliśmy aż do południa po najgorszych, jakie kiedykolwiek przemierzałem drogach, żeby obejrzeć huty szkła na granicy Czech. Są dwie, jedna po stronie śląskiej, jedna po stronie czeskiej, odległe od siebie o dwie mile angielskie; zwiedziliśmy obie. Same huty są po obu stronach prawie takie same, z tym wyjątkiem, że czeska jest większa i produkuje większą rozmaitość wyrobów. Najważniejsze jakie widzieliśmy to fiolki, butelki, kufle, kieliszki, dzbanki do kawy i rodzaj siatki szklanej przeznaczonej do wyrobu luster.

.

Podróżnych nie interesowały jednak wyłącznie sprawami gospodarcze odbyli też kilka wycieczek, które byśmy dziś nazwali typowo krajoznawczymi, między innymi na szczyt Królowej Karkonoszy, którą w swoich listach nazywa Głową Olbrzyma, podjął ją w towarzystwie żony, towarzyszył mu też pan Whitcomb oraz przewodnik Zöllner.

Wyprawę rozpoczęto dzień wcześniej, aby dotrzeć do Hampelbaude, domu na polanie zwanej „Złotówką”, którego gospodarze świadczyli bardzo prymitywne usługi noclegowe oraz na przyzwoitym już poziomie usługi gastronomiczne. Amerykanie odpoczęli tam wcześnie kładąc się spać, aby obudzić się o godzinie 2:00 w nocy i podjąć trud marszu na szczyt góry, by zdążyć wspiąć się tam zanim zacznie wschodzić słońce. W tym czasie oglądanie jego wschodu ze Śnieżki należało do podstawowych atrakcji turystycznych, zwyczaj ten przetrwał zresztą do początku XX wieku, kiedy to na szczycie góry funkcjonowały dwa obiekty noclegowe, a turyści mogli oglądać to piękne zjawisko z okien pokoi hotelowych.

W dalszą drogę nie wyruszyli jednak wszyscy, pani Adams oznajmiła, że jest tak zmęczona i boli ją głowa, że nie jest wstanie kontynuować wędrówki, pozostała więc w Hampelbaude.

     Przez dwadzieścia minut szliśmy stromo w górę – pisze Adams – później łagodnym zboczem w dół, i przez kwadrans po równinie, aż doszliśmy do stóp właściwego wzgórza, która nosi nazwę Głowa Olbrzyma ( Śnieżka ). Ciemności nocy rozpraszały się powoli stopniowo, na wschodzie horyzont czerwieniał od  momentu naszego wyjścia z Budy, tak że obawiałem się, że „Królowa” dnia, jak Zöllner nazywa słońce w podobnych okolicznościach, okaże swoje błyszczące oblicze, zanim osiągniemy szczyt; żeby więc uniknąć tego rozczarowania, podwoiliśmy szybkość naszej wspinaczki i po kwadransie stanęliśmy u drzwi kaplicy na szczycie. Dziesięć minut później wielki olśniewający luminarz wstał w całej chwale, wynurzając się z ciemnej chmury na horyzoncie.

Po spędzeniu blisko półtorej godziny na szczycie góry, wyruszono z powrotem w kierunku budy Hampla, ale w połowie drogi spotkano wcześniej pozostawioną towarzyszkę podróży, która stanowczo powiedziała, że bez wejścia na szczyt Głowy Olbrzyma nie wróci z powrotem do hotelu. Zawrócono więc i jeszcze raz zdobyto Śnieżkę, po powrocie do „gospodarstwa agroturystycznego” Hampla, Adams dokonał wpisu w księdze pamiątkowej, która tam się znajdowała, a do której wpisywali się turyści wędrujący po Karkonoszach – znana jest ona pod nazwą „Księga Śnieżki”, była w budzie na Złotówce do roku 1824, czyli do czasu, kiedy nieczynna od 1810 roku kaplica św. Wawrzyńca na szczycie Śnieżki zaczęła pełnić funkcje schroniska górskiego, wówczas to tam turyści wpisywali swoje wrażenie z pobytu na najwyższej górze Karkonoszy, będącej jednocześnie najwyższą górą Prus.

Przyszedł też czas na uregulowanie należności, cena jaką sobie zażyczyła gospodyni była niezwykle wygórowana, kiedy zwrócono jej uwagę, że żąda zdecydowanie za wiele, ta wpadła w furię. Później pruski przewodnik wyjaśnił, że przyczyną jej złego zachowania była sytuacja z dnia poprzedniego, kiedy mąż zbił ją, ta zaś postanowiła odreagować na swoich gościach.

Po tym incydencie wyruszono w drogę powrotną, niejako zaglądając po drodze do Małego Stawu, a następnie wozem do Cieplic i Jeleniej Góry.

Nie tylko jednak na Śnieżkę wdrapał się ten wścibski amerykański dyplomata, odwiedził również Śnieżne Kotły, wodospady Szklarski i Kamieńczyka, obejrzał znajdujące się po czeskiej stronie Karkonoszy źródła Łaby, zwiedził Kowary i pięknie położoną wioskę Sosnówkę.

Prawie cały dzień zajęła mu wycieczka do ruin zamku na górze Chojnik, który już od roku 1675, kiedy został strawiony przez pożar powstały w wyniku uderzenia pioruna, przestał pełnić funkcję siedziby rodowej Schaffgotschów. Po tym nieszczęśliwym wydarzeniu jego właściciele przenieśli się do Cieplic, a następnie – po kolejnym pożarze, w początkach XVIII w. wybudowali pałac w Sobieszowie, by z początkiem XIX stulecia zamieszkać w nowym pałacu w Cieplicach Śląskich. Chojnika już nie odbudowywano, ponieważ ze względu na swoje położenie i ograniczone możliwości rozbudowy i przebudowy stawało się to bezcelowe.

W czasie pobytu wśród ruin zamku, Adamsa naszła następująca myśl: Kiedy zbieraliśmy dziko rosnące maliny na ruinach apartamentów, przyszło nam na myśl, że był on [ zamek ] około 200 lat starszy od odkrycia Ameryki i zastanawialiśmy się nad biegiem czasu, który w ciągu pięciu wieków zamienił ośrodek życia społecznego w dziką opuszczoną ruinę, podczas gdy w naszym kraju zamienił pustkę w kwitnące miasta.

Po blisko trzech tygodniach J.Q Adams opuścił Karkonosze i Kotlinę Jeleniogórską udając się do Krzeszowa, Kamiennej Góry, a następnie górniczego Wałbrzycha, Książa, Świebodzic i do Świdnicy. Zwiedził jeszcze Kotlinę Kłodzką i samo miasto, Później pojechał do Legnicy, Gryfowa i Świeradowa, skąd dotarł wreszcie do stolicy Saksonii Drezna, co nastąpiło w dniu 11 września 1800 roku.

Cytaty według przekładu Marii Kolbuszowskiej

.

Lisowczycy w Karkonoszach i Kotlinie Jeleniogórskiej

Schaffgotschowie i kaplica św. Wawrzyńca na szczycie Śnieżki

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

Sprawa Hansa Ulricha Schaffgotscha pana na Chojniku

Inne z sekcji 

Chwila liryki. Odsłona dwudziesta – Jaroslav Seifert

. Jan Chudy . Jaroslav Seifert , jedyny póki co , Czech nagrodzony – w 1984 roku – Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury żył 84 lata ( 1901 – 1986 ) . Najwybitniejszy czeski liryk miał robotnicze korzenie a w latach dwudziestych należał do Komunistycznej Partii Czechosłowacji z której go usunięto w 1929 roku za […]

Wiersze Jana Zacharskiego: „Sojusznik”

Flaga Republiki San Escobar . Jan Zacharski . Sojusznik . Wbrew czarnowidzom, nie wydaje mi się, By się nasza dyplomacja znalazła w kryzysie, Z dyplomatycznych zabiegów wyraźnie wynika, Że potężnego w świecie mamy sojusznika. Cenny nam Waszczykowski ofiarował dar, Odkryte przezeń państwo to San Escobar, W wyniku czego, jasno przyznać muszę, Są nasze oba państwa […]