Aktualności

Dokąd prowadzi nas Rzeczpospolita Powiatowa?

.

Grzegorz Wojciechowski

.

Kiedy w roku 1999 wprowadzano w Polsce na powrót, nie chciane wcześniej powiaty, to tak na prawdę nikt rozsądny, kto zna się na administrowaniu i zarządzaniu, nie widział celu i sensu tej reformy.

Już wcześniej, za czasów Nieboszczki Komuny istniejące powiaty były krytykowane jako szczebel, który wstrzymywał bieg spraw, stając się, w większości wypadków, zwykłym pośrednikiem w sprawach załatwianych przez obywateli.

Kto zetknął się kiedykolwiek z nauką jaką jest teoria organizacji i zarządzania, ten zdaje sobie sprawę z tego, że wszelkie ogniwa pośrednie, pomiędzy decydentami a petentami, jedynie utrudniają zarządzanie i prowadzą do bałaganu w administracji i niekontrolowanego rozwoju biurokracji.

Do roku 1954, funkcjonował w Polsce trzystopniowy podział administracyjny : gmina, powiat, województwo. W roku 1954 zlikwidowano gminy, było ich wówczas 3001 i w ich miejsce wprowadzono 8789 małych gromad. Rychło jednak okazało się, że reforma ta była nadzwyczaj nietrafiona. Gromady posiadały małe kompetencje, praktycznie o niczym nie decydowały, ze wszystkimi ważniejszymi sprawami trzeba było jeździć, do oddalonego niekiedy o kilkadziesiąt kilometrów, powiatu. Nic wiec dziwnego, że liczba tych niepotrzebnych nikomu bytów sukcesywnie malała, i w roku 1973, gdy Edward Gierek zaczynał unowocześniać Polskę, było ich już tylko 4313. 1 stycznia 1973 roku zlikwidowano gromady i w ich miejsce utworzono 2366 gmin. Był to pierwszy etap reformy administracji, który dokonał się w roku 1975, kiedy to zlikwidowano powiaty i utworzono 49 województw. Podstawową jednostką została gmina, wyposażono ją w szerokie kompetencje i to właśnie tam obywatele mieli załatwiać swoje sprawy. Skrócono drogę petenta do urzędu. Było to mądre i rozsądne posunięcie.

Zmiany przeprowadzone przez Gierka poszły wówczas jeszcze dalej i zlikwidowano w administracji gospodarczej szczebel pośredni, pomiędzy przedsiębiorstwami i ministerstwami branżowymi, jakimi były zjednoczenia.

W roku 1999 likwidując w Polsce 49 województw, wprowadzono 16, a pomiędzy województwo i gminy, ponownie powróciły powiaty, które już kiedyś nie sprawdziły się, w liczbie 380. Gmin natomiast jest obecnie 2479, czyli średnio na każdy powiat przypada 6,52 gminy. Swoistym kuriozum, dzieckiem chorej polskiej biurokracji, jest województwo opolskie, które przetrwało praktycznie w kształcie jakim istniało wcześniej, przed „reformą” 1999 roku, dołożono tutaj hojną i rozrzutną ręką podatnika 11 powiatów, efekt: powiat kluczborski liczy 4 gminy, podobnie głubczycki, natomiast krapkowicki i namysłowski po 5 gmin w powiecie !      Ewidentnie podniesiono koszty administracji do granic absurdu. Nie lepiej jest na Dolnym Śląsku – powiat milicki i wołowski mają zaledwie po 3 gminy; a powiaty górowski, kamiennogórski, lubański i oławski po 4.

To jednak tylko połowa problemu, drugą połowę stanowi utworzenie drugiej równoległej administracji wojewódzkiej – Urzędów Marszałkowskich, tak na prawdę, gdy spytać się fachowców od administrowania, to nikt nie wie dlaczego tak jest, politycy zaś to popierają, ponieważ tam znajdują dla siebie zatrudnienie, jest to miejsce dla tworzenia politycznych synekur, to samo dotyczy powiatów.

Efektem tego reformatorskiego szaleństwa „styropianowych intelektualistów”, jest katastrofalny wzrost kosztów administracji. W roku 1990, czyli po upadku Nieboszczki Komuny, krytykowanej za biurokrację, w administracji państwowej i terytorialnej było zatrudnionych 159 000 urzędników. W marcu 2010 roku – 436 000. W tej liczbie są również urzędnicy administracji skarbowej, tutaj ich wzrost jest w dużej części usprawiedliwiony, przybyło bowiem bardzo znacznie podmiotów prowadzących działalność gospodarczą. Dzisiaj liczba ta dochodzi już do 600 000 osób.

 Dodać należy, że 30 lat temu urzędnicy mieli do dyspozycji jedną lub dwie maszyny do pisania i najczęściej jeden telefon na wydział. Dziś każdy ma komputer, telefon komórkowy i bardzo często ryczałt kilometrowy na samochód.

W latach 2005 – 2010, przybyło nam w administracji ponad 100 000 nowych miejsc pracy, a całe wpływy z podwyżki podatku VAT poszły na utrzymanie tej armii biurokratów.

Owe powszechne dziś mnożenie bytów w administracji jest konsekwencją nieumiejętności kierowania państwem. Pamiętam, gdy w latach osiemdziesiątych premierem został Wojciech Jaruzelski, nie miał on żadnej wiedzy i doświadczenia w sprawach zarządzania. Radził sobie więc w ten sposób, że tworzył ogromną liczbę urzędów wicepremierów, było ich około 10, zupełny absurd. Dziś jest tak samo, jeśli rządzący nami  politycy, nie mają pomysłu jak rozwiązać jakiś problem, to tworzą urząd.

Po to, aby skończyć to szaleństwo, na które nas nie stać i które niszczy ekonomicznie kraj, trzeba jak najszybciej powrócić do podziału administracyjnego z roku 1975, zlikwidować powiaty, urzędy marszałkowskie i wzmocnić kompetencje gminy. Nie da się bowiem inaczej zatrzymać pełzającej rewolucji biurokracji.

Wypada tutaj dodać, że w państwach o podobnej wielkości jak np. we Włoszech i Hiszpanii, administracja skonstruowana jest inaczej, podobnie jak przed naszą „styropianowa reformą”. W Italii mamy 20 regionów, które nie zajmują się obsługą administracyjną, a polityką regionalną, rozwojem gospodarczym i kulturalnym.

Funkcje administracyjne pełnią prowincje i gminy. Prowincji jest 109, a gmin 8092, czyli średnio na jedną prowincje przypada 74,24 gminy.

W Hiszpanii jest podobnie, istnieją również historycznie ukształtowane autonomiczne prowincje, mające podobny charakter jak prowincje we Włoszech, ale szerszą autonomię wobec władzy centralnej. Jest tutaj około 8000 municipios ( gmin ), nad którymi jest 50 provincias ( odpowiedników naszych województw ), czyli na jedną provincias przypada 160 municipios.

Klasyczny system trzystopniowy utrzymał się na Węgrzech, ale tutaj również istnieje zupełnie odmienna sytuacja, bowiem jest 168 kisteiseg ( powiatów ) i około 3100 gmin, na jeden powiat przypada więc średnio 18, 5 gminy.

Przezabawna sytuacja powstała w Czechach, gdzie również istniał system trzystopniowy, jednakże w roku 2003 dokonano reformy. Wprawdzie nie zlikwidowano w całości powiatów, ale zabrano im wszelkie kompetencje administracyjne, po to, aby nie utrudniały zarządzania. Zredukowano ich funkcje głównie do promowania regionów i pełnienia zadań kulturalnych. Obsługa administracyjna obywateli została przeniesiona do gmin.

Jak widać sytuacja w Polsce jest wyjątkowa, tym bardziej, że w naszej administracyjnej rzeczywistości, występuje jeszcze jeden podmiot. Istnieją bowiem nie tylko gminy, powiaty i województwa, ale również delegatury urzędów wojewódzkich, które funkcjonują w miastach, będących niegdyś siedzibami województw. Na Dolnym Śląsku znajdują się one w Jeleniej Górze, Wałbrzychu i Legnicy i zasięgiem swojego działania obejmują powiaty utworzone na terenie dawnych województw: legnickiego, jeleniogórskiego i wałbrzyskiego. Kompletna paranoja. Dlaczego więc zlikwidowano województwa, aby pozostawić część zlikwidowanej administracji? Nie sądzę, aby ktoś był w stanie wobec tego faktu uzasadnić sens przeprowadzonej w roku 1999 reformy podziału administracyjnego.

Do 1999 roku istniała jedna administracja, która realizowała zadania administracji państwowej i zadania nakładane na nią przez organy samorządu terytorialnego. było to oczywiste i normalne, był to prosty i przejrzysty system, w którym wiadomo było co i kto ma robić. Po reformie oddzielono te zadania administracji i utworzono Urzędy Marszałkowskie, dzieląc to co kiedyś robił z powodzeniem jeden urząd na dwa niezależne od siebie byty administracyjne, które żyjąc własnym biurokratycznym życiem rozwijają się ponad miarę.

„Reforma Solidarności”, bo tak trzeba ją nazywać, została wdrożona bowiem w czasie rządów Akcji Wyborczej Solidarność, zniszczyła wszystkie dokonania całego pokolenia wybitnych polskich administratywistów i przeniosła nas wstecz do mrocznych i smutnych lat sześćdziesiątych XX wieku.

W tamtej starej Polsce Powiatowej, panowała wszechwładna biurokracja i niekompetencja. Po dwóch wstrząsach społecznych w latach 1968 i 1970, nowa ekipa polityczna zdawała sobie sprawę z potrzeby nie tylko zmiany polityki ekonomicznej, ale również i sposobu zarządzania. Powszechne stało się przekonanie, że w administracji muszą pracować ludzie merytorycznie do tego przygotowani, iż nie mogą to być osoby z awansu politycznego, nie mające wiedzy i doświadczenia w zarządzaniu. Postanowiono więc kształcić ludzi w tym kierunku. W latach siedemdziesiątych zaczęto tworzyć, przy wydziałach prawa uniwersytetów – administrację, jako kierunek kształcenia, gdzie zaczęto przygotowywać kadry do pracy w administracji państwowej. Zdawano sobie sprawę, że należy rozdzielić ścieżki awansu politycznego od awansu w hierarchii administracyjnej, gdzie powinni być zatrudniani ludzie, którzy będą się stawali menadżerami administracji. Do dziś pamiętam wykłady na ten temat, wybitnego polskiego administratywisty, prof. dr hab. Jana Jendrośki, jakie miałem zaszczyt i przyjemność słuchać na Wydziale Prawa i Administracji  Uniwersytetu Wrocławskiego.

Obecnie administracja jest ponownie upolityczniona i to znacznie bardziej niż za czasów Nieboszczki Komuny. Wystarczy przeczytać doniesienia mediów o „czystkach” po nowych wyborach samorządowych. Olbrzymi liczebny rozwój pracowników zatrudnionych w administracji, powoduje, że przyjmowani są tam i pracują ludzie, którzy nie mają odpowiedniego wykształcenia i przygotowania zawodowego, różnego rodzaju filolodzy, humaniści, czy też specjaliści od wychowania fizycznego, bądź hodowli kanarków.

W administracji nie ma świadomości potrzeby zmian, jest to niezwykle konserwatywna siła, która będzie przeciwstawiała się wszelkim potrzebnym reformom i zmianom, bowiem godzi to w interesy wielu całkowicie niepotrzebnych pracowników. Urzędnicy w starostwach powiatowych, nigdy nie przyznają się, że są niepotrzebni, będą bronić swego istnienia jak niegdyś aparat PZPR, który bronił socjalizmu jak niepodległości.

W moim artykule wykazałem, że nie ma w żadnych nowoczesnych systemach administracyjnych czegoś takiego jak w Polsce, że można, a nawet należy zarządzać administracją w inny sposób, niż czyni się to obecnie.

Głęboko wierzę, że niedługo odejdą z naszego życia politycznego ludzie, którzy uważają, że od spania na styropianie przybyło im wiedzy i inteligencji. Tak jak w gospodarce potrafiono w Polsce zbudować kadry dobrze wykształconych , młodych menadżerów , potrafiących skutecznie i efektywnie zarządzać dużymi firmami, tak jestem przekonany, że nadejdzie  czas, że pojawią się mądrzy ludzie, którzy podejmą się likwidacji tego bałaganu, niszczącego Polskę i zacznie w naszym kraju tworzyć się rzesza dobrze wykształconych apolitycznych urzędników, a administracja publiczna zostanie odpolityczniona.

Najbardziej tragiczne jest to, że ten chory upolityczniony system w administracji, który cofnął nas o pięćdziesiąt lat wstecz, stworzyli ludzie, którzy krytykowali Nieboszczkę PZPR za to, że na funkcjach kierowniczych znajdowali się członkowie PZPR. Różnica jednak polegała na tym, że w latach osiemdziesiątych, byli to ludzie z legitymacjami PZPR, chociaż nie zawsze, ale nie przychodzili oni do administracji z aparatu politycznego, ale w wyniku awansu wewnątrz administracji. W tamtych czasach zaczęto oddzielać wyraźnie te dwie ścieżki kariery, zdając sobie sprawę, że partyjny elektryk, to nie jest najlepszy materiał na naczelnika wydziału w urzędzie wojewódzkim. Ci którzy to krytykowali stworzyli system, gdzie funkcje w administracji w olbrzymiej części sprawuje się właśnie z takiego ” politycznego mandatu”. Stanowiska w administracji są łupem partii politycznych. Znamy dobrze z kampanii wyborczych sytuacje, gdy kandydat na prezydenta miasta startował wraz ze „swoją drużyną”. Po wygraniu wyborów, coraz częściej można było zauważyć, że z drużyny zrobiła się klika, klub kolesi.

W taki właśnie sposób historia zatoczyła koło.

Warto przyjrzeć się bliżej również gminom, bowiem i tam pleni się patologia administracyjna.

Już w latach Nieboszczki Komuny, gdy wprowadzano reformę administracyjną byli tacy, którzy zwracali uwagę, że wiele z gmin jest i będzie niesamodzielnych, są zbyt małe i mieszka w nich zbyt mało ludzi. Zwracano uwagę, że ich istnienie jest nieuzasadnione i będzie w przyszłości tworzyć niepotrzebne koszty. Przeciwnicy tych oponentów twierdzili, że skoro nie będzie powiatów to gminy mogą być nieduże, ponadto wysoki przyrost naturalny niedługo zmieni tę sytuację ( wówczas w Polsce co trzy lata przybywał 1 milion mieszkańców ).

Jak wygląda obecnie sytuacja? Weźmy za przykład Dolny Śląsk.

Istnieje wiele gmin, które należy uznać za rachityczne. Do najmniejszych należą: Platerówka 1751 osób ( pow. lubański ); Lewin Kłodzki 1927 ( pow. kłodzki ); Pęcław – 2314 ( pow. głogowski ); Ruja – 2670 i Krotoszyce – 2915 ( pow. legnicki ); Jordanów Śl. – 3019 ( pow. wrocławski ) . Wiele jest gmin, które nie przekroczyły nawet 5000 mieszkańców. Są też takie np. na Pogórzu Sudeckim, gdzie w rzeczywistości żyje dużo mniej ludzi, młodzi powyjeżdżali za pracą i są tam jedynie zameldowani. Koszty obsługi tych jednostek administracyjnych, których istnienie jest trudne do uzasadnienia z ekonomicznego punktu widzenia, są ogromne. Przykładem gminnej patologii administracyjnej jest powiat głogowski.

Jednostki administracyjne tworzą tutaj : m. Głogów – 68 954 mieszkańców i gminy: Głogów – wieś 5505; Kotla 4129; Żukowice 3516; Jerzmanowa 3232 i Pęcław 2314. Wynika z tego, że poza Głogowem mieszka 18 697 osób, są one obsługiwane przez sześć jednostek administracyjnych ( łącznie ze starostwem powiatowym ).

Już przeciętnie inteligentny człowiek, w dodatku nawet słabo obeznany w sprawach administracji, jest w stanie zauważyć ewidentną niedorzeczność tego systemu. Skoro jednak z wysokości władzy nikt nie próbuje nawet dojrzeć tego problemu, to na szczęście zaczęły pojawiać się pozytywne sygnały z „terenu”. Pobliski Lubin jest siedzibą trzech jednostek administracyjnych : miasta Lubina, gminy Lubin i starostwa powiatowego. W tym to mieście ktoś ponadprzeciętnie inteligentny zauważył, że to wszystko jest jakimś bezsensownym absurdem i zaczęto zastanawiać się jak tu wprowadzić jakąś ekonomiczną racjonalność do administracji i zacząć likwidować etaty, które się dublują i są bezużyteczne. W ten sposób odchudzono administrację o 40 etatów. Na tym prostym przykładzie widać najlepiej skalę głupoty i marnotrawstwa.

Można myśleć ? – Można. Jest to jednak wyłącznie próba likwidacji skutków tego administracyjnego szaleństwa, a nie jego przyczyn.

Naprawa wyrządzonych szkód może polegać wyłącznie na gruntownej reformie administracyjnej, która oprócz likwidacji powiatów , urzędów marszałkowskich, odpolitycznienia administracji, zreformuje również i gminy.

W jaki sposób?

Otóż gmina musi być podstawową jednostką podziału administracyjnego, która ma spełniać trzy podstawowe warunki:

– musi być zdolna do samodzielnego utrzymania własnej administracji;

– musi być zdolna do samodzielnego utrzymania swojej infrastruktury gminnej;

– musi być w stanie uzyskać środki własne na swój rozwój.

Są to warunki, które musi spełnić gmina, aby mogła racjonalnie kierować życiem swoich mieszkańców. Niewątpliwie trzeba zlikwidować wiele gmin, a wiele połączyć, aby mogło spełniać te warunki. Nie ma bowiem samorządności bez samodzielności finansowej.

Nie miałem pojęcia jak styropian może wpływać na wydolność intelektualną. Z przerażeniem patrzę, że obecnie jest on powszechnie używany w budownictwie do ocieplania budynków. Jeśli tak dalej ma być, to obawiam się, że niebawem trzeba będzie wpisać go, podobnie jak azbest, na listę materiałów, których zabrania się stosować w kontakcie z ludźmi.

.

 

Tekst objęty prawami autorskimi, kopiowanie i publikowanie bez wiedzy i zgody autora zabronione.

.

Listek figowy i genitalia demokracji. Destyropianizacja czyli taczki dla władzy

Skończyć z dziadostwem na Lewicy

Listek figowy i genitalia demokracji. Jak nie pudrem to Ogórkiem

Listek figowy i genitalia demokracji. Polska krajem samobójców

Listek figowy i genitalia demokracji. Skąd się biorą populiści?

Listek figowy i genitalia demokracji. Apolityczny Trybunał Konstytucyjny

Inne z sekcji 

Kościół na drodze do samobójstwa

. Grzegorz Wojciechowski . Nastały złe, smutne czasy, nie chodzi tu tylko o pandemię, która skutecznie dezorganizuje nam życie, niszczy nasze plany, marzenia i nadzieje, ale chodzi również i o to co wyrabiają w naszym kraju ludzie, którym powierzono sprawowanie władzy. Nieco ponad rok temu pisałem na łamach miesięcznika „Odra” o Kościele i o tym […]

Jana Zacharskiego fraszki świeże i chrupiące jak bułeczki ( 24. 10. 2020 )

. Z publicznej areny . Szansa Pilnując stale europejskiego stadła, Unia naszemu krajowi wyraźnie podpadła, Oczekujemy zmiany tego obyczaju, Wtedy ją przyłączymy do naszego kraju. . Kamraci Choć rząd odchudzono, to wierchuszka zyska, Będą dla niej stworzone nowe stanowiska, Są zadowoleni partyjni kamraci, Bo intratnej posady żaden nie utraci. . Łapanka Mogłeś być nawet wicepremierem, […]