Artykuły

Diablątko od Urbana

.


Ze znanym dziennikarzem lewicowym, satyrykiem, autorem książki „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu” – PIOTREM GADZINOWSKIM rozmawia red. Lesław Miller.

Motto: Mógłbym tu pisać o sukcesach Piotra Gadzinowskiego, jego karierze i funkcjach dziennikarskich, nagrodach, odznaczeniach. Ale kogo to interesuje? Rozmawialiśmy raczej o sprawach intymnych, zakulisowych i skandalach, jak dziennikarz z dziennikarzem przy butelce whisky.

– Jak to się stało, że Ty, pochodzący z katolickiej rodziny piekarza ze świętej Częstochowy, dałeś się zbolszewizować i stałeś się ateistą?
– Jako mały chłopak chodziłem z rodzicami na msze do kościoła. Ale potem je zaniechałem przez pobliskie kino „Bałtyk”. Godziny porannych mszy i seansów filmowych zachodziły na siebie. W kinie, na niedzielnych porankach filmowych, straciłem łaskę wiary. Byłem oszołomiony radzieckimi filmami „Pancernik Potiomkin” i „Aleksander Newski”. Repertuar w kinie zmieniał się częściej niż w katedrze, z seansu na seans kino oddalało mnie od wiary.
– Jako praktykujący katolik wybaczam Ci to, bo nasza wiara wybacza bezbożnikom wierząc, że może kiedyś się nawrócą. Słyszałem, że pewien arcybiskup nazwał Cię diablątkiem od Urbana, ale na zasadzie przekory chciał się z Tobą napić wódki.
– To prawda. Kiedy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, to urządzał w Dużym Pałacu na Krakowskim Przedmieściu spotkania imieninowo-urodzinowe dla zaprzyjaźnionych biznesmenów, artystów i polityków. Ponieważ zawsze były połączone z wyżerką i obfitym wyszynkiem, bywałem tam zapraszany jako artysta sfer parlamentarnych i jednocześnie redaktor tygodnika „NIE”. Bywał tam także kapelan polowy wojska, arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, bohater regularnie drukowanych publikacji w naszym dzienniku cotygodniowym. Kiedy go poznałem, okazało się, że jest to swój chłop, który nie stroni od alkoholu. Powiedział, że nie ma do mnie pretensji za publikacje w „NIE” i z dużej butelki nalał mi kieliszek whisky. Wypiłem, a dlaczego nie?! Nazwał mnie wówczas diablątkiem od Urbana.
– Kończyliśmy razem, choć w różnych latach, Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Co robiłeś po skończeniu studiów?
– Wykonywałem podłe zawody: posła, publicysty i pomocnika redaktora naczelnego jednego w bardzo wysokonakładowych tygodników.
– O zawodzie posła sporo napisałeś w swojej ostatnio wydanej książce „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Czytałem ją z dużym zainteresowaniem i to jednym tchem, przez całą noc. Polecam ją Czytelnikom. Książkę można jeszcze kupić w Empiku w Rynku we Wrocławiu.
– Starałem się pokazać w książce sekrety kuchni politycznej i prawdziwe życie parlamentarzystów z jego najbardziej intymnymi, nieznanymi szczegółami. Tajemnice gmachu Sejmu RP, niesamowite zdarzenia podczas pobytu posłów za granicą, kulisy pisania ustaw, intrygi poselskie.
– Zwykły śmiertelnik wie o Sejmie RP tyle, ile zobaczy w telewizji, poznaje nazwiska parlamentarzystów, z których może się pośmiać.
– To, co pokazuje telewizja, jest zalewie malusieńką cząsteczką parlamentarnej rzeczywistości zakulisowej.
– Uchyl więc kurtynę i wal za kulisy.
– Może opowiem o przygodzie Antoniego Macierewicza. W Sejmu nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, bo należeliśmy do dwóch przeciwległych ugrupowań, on z PiS-u, a ja z SLD. Ale na lotnisku w Niemczech pan Antoni wpadł w dezinformacyjną pułapkę i nie mógł trafić do ostatniego tego dnia samolotu lecącego do Warszawy. Nagle usłyszałem: „Panie pośle, panie pośle, czy pan wie, gdzie jest ten gejt?”. Wiedziałem i pomogłem mu załatwić bilet do samolotu, którym polecieliśmy do kraju. Potem pan Antoni patrzył na mnie łaskawszym okiem.
– W Sejmie obok posłów płci męskiej są także licznie reprezentowane panie. Jak wyglądają wzajemne relacje?
– Pewien poseł koneser westchnął kiedyś, że w Sejmie RP nie ma prawdziwych kobiet. Każdy dłuższy pobyt w tym gmachu zabija w parlamentarzystkach ich najsubtelniejsze, kobiece cechy. Kierując się na twardych polityków, nabierają przy okazji cech męskich, wręcz topornych. Nazwaliśmy je kobietony. Wypić z nimi można, przekąsić też, nawet pośpiewać. Ale o romansowaniu, jak to często bywa z koleżankami w pracy, mowy nie ma. A tym bardziej o przelotnym bzykaniu się.
– Przekraczałeś nieraz granice przyzwoitości w Sejmie RP, a jedną szczególnie.
– Grupa „przyzwoitych” posłów napisała na mnie donos do marszałka, że wprowadziłem na teren Sejmu oraz usiłowałem wprowadzić na posiedzenie Komisji Rodziny „gwiazdę” filmu porno. A prawda była taka, że Komisja Rodziny, do której należałem, miała omawiać sprawy patologii. Korzystając z wizyty w Warszawie znanej w krajach Unii Europejskiej aktorki filmów porno pod pseudonimem Dalila, zaprosiłem ją na posiedzenie tej Komisji. Grywała w filmach porno, bo była aktorką i wykonywała swój zawód. Prywatnie była przyzwoitą żoną i uprawiała seks tylko z mężem. Ale sejmowe oszołomy obu płci nie chciały tego uznać, a poseł Stefan Niesiołowski gorączkowo biegał po sejmowych korytarzach i kipiał z oburzenia, że do Sejmu wprowadza się prostytutki.
– Krążą plotki o sejmowym pokoju nr 143, o co tu chodzi?
– Jest to pokój biurowy uważany powszechnie za przeklęty, bo przynosi pecha. Unia Wolności, zakładając w nim biuro w 2001 roku, przegrała wybory parlamentarne i przestała być obecna w Sejmie. Po niej pokój zajęła Unia Pracy, która również przegrała. W 2005 roku biuro w pokoju 143 urządziła Samoobrona, przegrywając dwa lata później w przyśpieszonych wyborach. W 2007 roku do tego pokoju wprowadził się klub parlamentarny Lewica i Demokracja, czyli SLD i mniejsze ugrupowania. Po dwóch latach doszło do rozłamu. Z kolei pokój przypadł kanapowej partii SDPL założonej przez Marka Borowskiego, która też poniósł porażkę. W 2011 roku pokój 143 przydzielono na biuro Ruchowi Palikota. Jego rzecznik prasowy Andrzej Rozenek zapewniał dziennikarzy, że nie wierzy w zabobony. Ale przeklęty pokój znów dał znać o sobie i Ruch bardzo się skurczył.
– Byłeś członkiem bilateralnej komisji polsko-koreańskiej, chodzi oczywiście o reżimową Koreę Północną. Jak się tam czuliście?
– Po wyjściu z samolotu w Phenianie zawieziono naszą delegację pod pomnik Kim Ir Sena, aby oddać hołd Wielkiemu Przywódcy. Później zostaliśmy zakwaterowani w zamkniętym dla tamtejszej ludności ośrodku partyjno-rządowym. Gospodarze z dumą podkreślali, że było to ulubione miejsce wypoczynku Kim Ir Sena. W pokoju zauważyłem swoją walizkę, która dla mojej wygody została otwarta, choć dwa jej zamki wcześniej zamknąłem na klucze schowane cały czas w kieszeni. Luzu nie mieliśmy ani przez minutę i nie było najmniejszej okazji, by zobaczyć coś poza programem, o co skutecznie zadbała koreańska bezpieka.
Korea Północna jest totalitarnym krajem, nieufającym swojej ludności, a gościom zagranicznym w szczególności. Nic przeto dziwnego, że nasze pokoje były naszpikowano „pluskwami”, by nagrywać rozmowy. Nasz ambasador powiedział żartobliwie, że w Korei Północnej trzeba nauczyć się żyć z „pluskwami”. Kiedy wieziono nas czarnym samochodem, otworzyłem okno, aby zrobić zdjęcia. Nagle wóz został zatrzymany, pojawiło się kilku mężczyzn i zabrali mi aparat fotograficzny. Dobrze, że skończyło się tylko na tym.
– Piotrek, rozmawia się z Tobą bardzo sympatycznie, ale mam w gazecie ograniczoną ilość miejsca. Jako dziennikarz wiesz doskonale, że strona gazety musi mieć tekst i choćby jedno zdjęcie. Inaczej będzie – jak my to nazywamy – blachą, a Czytelnicy tego nie lubią. Serdecznie Ci dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał
Lesław Miller

.

Burzliwe dzieje ruskich pierogów

Inne z sekcji 

Niezwykłe dzieje klasztoru w Lubiążu. Był tu nawet Michael Jackson, Maria Antonina i Józef Piłsudski

Grzegorz Wojciechowski . Nie wiem czy jutro w „Gazecie Wrocławskiej” ukaże się ten artykuł, zmiany organizacyjne spowodowały sporo zamieszania. Prezentuję więc go w całości i w takim stanie jakim oddałem go do redakcji.   Jadąc drogą z Wrocławia w kierunku Zielonej Góry, niedaleko za Środą Śląską, widać po prawej stronie oddalony o kilka kilometrów od […]

Hrabina z Bukowca, czyli opowieść o wspaniałej kobiecie, jej niezwykłej miłości i miejscowości koło Jeleniej Góry

 . Grzegorz Wojciechowski .         Pewnej hrabinie z Borowa dedykuję tą opowieść.   .         Niedaleko Karpacza, na przedmieściu Kowar, leży  wioska Bukowiec, znana głównie ze szpitala, gdzie składa się połamane kończyny miłośnikom białego szaleństwa. W wiosce mieści się niewielki pałacyk z dużym dobrze urządzonym ogrodem. Ta niepozorna budowla miała bardzo duże znaczenie […]